O mnie

Trzy Źródła to magiczna przestrzeń w Kotlinie Kłodzkiej otoczona gęstwiną lasów, naturalnych łąk i majestatycznymi górami. Mieszkamy tu całą rodziną w tym dwie bernardynki i dwa koty. Łączność z Naturą daje nam poczucie ukorzenienia i głębokiego szacunku do wszystkiego co żyje na Matce Ziemi. Od wielu lat zapraszamy gości na warsztaty najczęściej szamańskie, z prowadzącymi z kraju i ze świata, oraz pobyty indywidualne, na których można doświadczyć spotkań przy ogniu, kąpieli w górskim strumieniu i sąsiedztwa dzikich stworzeń. www.trzyzrodla.pl

czwartek, 25 grudnia 2014

Kiedy rok się kończy.

I tak powolutku zbliżamy się do corocznego podsumowania. Robię listę,  piszę nie zwracając uwagi na chronologię o wszystkim, co uważam za sukces w mijającym roku. Sylwester nigdy nie był dla mnie ważnym świętem, ale skoro świat dookoła wibruje taką energią, wykorzystuję ją do refleksji nad tym co było. Za każdym razem jestem zaskoczona ile się udało i jaka jestem twórcza;) W tym roku między innymi wymyśliłam kilka  potraw, zrobiłam trzy lalki szamańskie, kolejny bęben. Poprowadziłam parę warsztatów, zorganizowałam kilka innym prowadzącym, niezwykłe deja vu przy spotkaniu z Lamą Tsultrim Allione,

a przede wszystkim wykreowałam kolejne przytulne miejsca w Trzech Źródłach.



Lista powstaje przez dzień - dwa, aby nie pominąć najdrobniejszego zdarzenia. Nie chodzi w niej o to, by pisać o tym czego nie udało się zrobić - negatywizmów i samokrytyki jest dużo na świecie, moim zdaniem za dużo. Podsumowanie jest po to, aby przypomnieć sobie wszystkie radosne chwile, chwile magiczne i odkryć - kolejny raz - jak dużo ich jest w ciągu jednego roku!!!

Jeśli uda się zrobić ceremonię przy Ogniu nieraz czytamy na głos swoje podsumowania. To zaskakujące jak rożne wydarzenia mają dla nas status sukcesu.

Kilka moich pozycji z listy:)



 Zupa pomarańczowo - marchewkowo - imbirowa, wszystko intuicyjnie łączone i doprawione, była PYSZNA!





 Odwiedziny i zaskakujące energie i odczucia w kamiennych kręgach w Wąsioarach i Grzybnicy.






Niezwykłe wglądy i doświadczenia samej siebie w trakcie warsztatów w tradycji Tolteków, które w Trzech Źródłach organizuję i w których z ogromną przyjemnością uczestniczę.




   Występy z Akademią Ruchu, tu na lokalnych dożynkach.




 
                            Tu w Spytkowie











Wyjazd do Szwajcarskiej malowniczej wioski Vals z Akademią Ruchu i mieszkańcami Goworowa na odbiór wyróżnienia w konkursie na najpiękniejszą wieś europejską, tańczyłyśmy tam przed dwutysięczną widownią z oszałamiającym sukcesem:))))



Ech... i wiele wiele innych, lista jest wciąż otwarta, tyle wzruszeń, tyle pięknych spotkań z pięknymi ludźmi. Tyle nowych rzeczy zobaczyłam, zachwyciłam i doświadczyłam.

Z całego serca zachęcam do tej praktyki, ponieważ wejście w nowy rok w takim nastroju jest bezcenne:)










wtorek, 23 grudnia 2014

Zimowe Przesilenie

W tym roku tak szybko minął  nam jesienny czas, remonty i budowa wymagały maksimum zaangażowania. Teraz już spokojniej.
Zima - jak nie zima, nie ma chłodów i śniegu, nie żebym narzekała:) Lubię jak w lesie pachnie mchem i ziemią, kiedy przyjdą mrozy zapachy schowają się do wiosny.

W zimowe przesilenia zawsze świętujemy. Bywa, że po prostu ognisko i modlitwy, czasem ceremonia Ognia, a ostatnio gdy lał deszcz przy zapalonych świecach: podróż szamańska przy dźwiękach bębna. 21 już tradycyjnie robimy mapę marzeń, jest to nasze śnienie - na cały przyszły rok. W tym roku byłam mocno zmęczona przeprowadzką i zauważyłam, że o wiele więcej energii niż zwykle włożyłam w przygotowanie mojej mapy. Wszyscy już skończyli, a ja do pierwszej w nocy wyklejałam.


Zasypiając przeniosłam się wspomnieniami w czasie... Do innego dnia 21 grudnia pod Warszawą, Spotkałyśmy się w cztery kobiety na całą noc, miało nas być więcej na zajęciach grupy, która spotykała się cyklicznie, a byłyśmy we cztery. Zamiast działać zgodnie z programem po prostu rozmawiałyśmy. Nie wiadomo kiedy zaczęłyśmy opowiadać sobie o mrocznych kawałkach naszego życia, czułam, że przestrzeń gęstnieje, i że jest to potrzebne, całkowicie na miejscu w tę najciemniejszą najdłuższą noc. Żadna z nas nie oceniała innej opowiadającej o sobie kobiety. Ja czułam dla siebie przestrzeń, gdzie  mogę wypowiedzieć na głos to, czego nie odważyłam się powiedzieć nikomu. Wszystkie czułyśmy, że oto zdarzyła nam się niezwykła, oczyszczająca noc, zresztą co chwilę mówiłyśmy to na głos:).  Na koniec pomodliłyśmy się każda po kolei, wspomniałyśmy z imienia innych, nieobecnych uczestników grupy i pokotem na podłodze owinięte w koce spałyśmy do rana. Miałam wrażenie, że jak plemię, mała społeczność chciałyśmy jeszcze pobyć razem.

Przypominam sobie następne przesilenie. Również byłam w Warszawie, przed powrotem do siebie pomyślałam, że mogłybyśmy zrobić szałas potów. Z całej listy zaproszonych - zebrałyśmy się znowu we cztery tylko w innym już składzie. Znajomy pożyczył nam samochód! Co było cudem w przedświątecznym czasie i pojechałyśmy w pod warszawskie lasy do miłego miejsca - niestety kompletnie nie wiem gdzie;) Było ciemno, Maria znała drogę i pilotowała Anię, prowadzącą samochód. Na miejscu stał gotowy szałas, pozostawiony po ceremonii, co nie zdarza się często. Przeważnie szałas jest budowany z gałęzi przez uczestników i na zakończenie przez nich rozbierany. Wszystko było jak magicznie zaplanowane, nanosiłyśmy drewna, nazbierałyśmy kamieni. Zanim rozpaliłyśmy Ogień, stanęłyśmy z czterech stron stosu, zauważyłam, jak każda z nas intuicyjnie wybrała kierunek. Chwila aksamitna od magii ciepłem rozlała się w naszych sercach, kiedy każda z nas modlitwą przywoływała kierunek świata w którym stała.
Ogień buchną zaskakująco duży... i zaczął padać śnieg. Stałyśmy w milczącym zachwycie, zmęczone przygotowaniami ale szczęśliwe z dokonań.
W środku, kiedy już znalazłyśmy się w cieple od rozgrzanych do czerwoności kamieni, każda z nas poprowadziła kolejną rundę, było cudownie ciepło dla ducha i ciała.
Pamiętam spontaniczne salwy śmiechu, wzruszenia i to że mój bęben grał w środku! Prowadził nas przez wizje. Pamiętam też niecodzienny widok, kiedy wyszłyśmy z gorącego szałasu po kolejne gorące kamienie, nagie kobiety w kozakach:) oświetlone Ogniem na tle białego śniegu. CUDOWNE wspomnienie. To magiczna noc, kiedy ma się wydarzyć coś niezwykłego - jak ten spontaniczny szałas potów, i kiedy modlitwy mają popłynąć, cały wszechświat sprzyja.

Dla mnie 21 to przełom, święto światła - którego zaczyna przybywać, to koniec cyklu i początek nowego.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Warsztaty w tradycji Tolteków

Wizyta Sergieja niebawem w Trzech Źródłach.
 Przestrzeń zdaje się prężyć w radosnym oczekiwaniu na szamańskie działania i gości którzy za tydzień przybędą.
Uwielbiam praktyki w tradycji Tolteków, dla mnie jest to niezwykła droga którą bez zbędnych słów , podążam do siebie do swojej tajemnicy. Wszystkie praktyki odbywają się w pełnym szacunku i miłości kontakcie z Naturą, a wchodząc w taki rodzaj ćwiczeń otaczająca przyroda staje się częścią nas samych, zauważa się więcej, jakby wszystko wokół zaczynało mówić.

W migawkach przypominam sobie jak na warsztacie „Pochówek Wojownika” leżę w ciemności, we własnoręcznie wykopanym dole, usytuowanym w specjalny sposób, tak, żeby grupa tworzyła wspierającą się, harmonijną całość, a w środku tego wszystkiego plonie Ogień i Sergiej gra na bębnie jego obecność i dźwięk bębna jest jak kotwica dla nas w tym wyzwaniu.

Pamiętam cały dzień z zawiązanymi oczami, i kij który przygotowywaliśmy dzień wcześniej, w szamański sposób, przygotowując go tak, aby był dla nas podporą. Mój kij po każdym ćwiczeniu już z zawiązanymi oczami, rozpoznaję po pierwszym dotyku, nie wiem w jaki sposób, ale rozróżniam go od wszystkich innych, kiedy po skończonym zadaniu musimy wybrać ze złożonej sterty. Podczas całego procesu jestem zanurzona w innym, nieskończenie wielkim wymiarze. Żadne słowa, opowieści nie oddają tego, „milcząca wiedza” jest idealnym określeniem, a pocieszeniem fakt, ze mogę się przejrzeć w oczach innych uczestników, najczęściej tak samo poruszonych i zmienionych jak moje, kiedy ściągamy na koniec dnia przepaskę z oczu.

Nocne ognisko, rozpalone w tradycji Tolteków to poduszka dla Dziadka Ognia i strzały skierowane w określonym , potrzebnym do sytuacji kierunku. Tego wieczoru były na zachód, aby energetycznie połączyć się z miejscem – kolebką kultury tolteckiej. Naszym zadaniem jest taniec wojownika. Sergiej szczegółowo pokazuje kroki, tłumaczy znaczenie tych prostych ruchów i co jest naszym zadaniem podczas tańca. Jest kilka etapów, każdy dotyczy innej sfery życia i z każdym dokonujemy przeglądu i pożegnania... Zaczynamy, powolny rytmiczny oddech – ruch i ogromne emocje, czuję każdy centymetr ciała, przychodzą błyskawicznie wspomnienia, jak tato niósł mnie na rękach, jak czołgałam się w lesie w poszukiwaniu grzybów, dokonuje się błyskawiczny przegląd takich obrazów i doznań, o których nie pamiętałam, czy to oddech i ruch to powoduje? Nie mam czasu na myślenie, bo ego w takim procesie zostaje rozłożone na łopatki... a obrazy płyną, czułe usta całujące w szyję, moje kochane ciało... tyle przeżyło i doświadczyło, tyle doznań – oddech i ruch i oddech i ruch i łzy....
Zmienia się rytm i zmienia się nastawienie – to już zbliża się kres, daję z siebie wszystko, to taniec wojowniczki, nic już nie ma tylko oddech i ruch totalnie zmęczonego ciała i nagle moja suczka, ukochana bernardynka Maxi (już nieżyjąca..) skacze mi na plecy!!! Wszyscy w ciemności tańczą tylko ich sylwetki oświetlone są niewyraźnie przez Ogień, każdy skupiony na sobie i płomieniach, głośny oddech jak pieśń tamuje wszelkie myśli, a ja!! Walczę zaciekle z moją „strażniczką”, która akurat teraz zechciała mnie ratować!!! Nie ma co, myślę sobie, ja to mam do pokonania bestię, żebym była bardziej zdeterminowana....


Sergiej często powtarza, że siedzenie i opowiadanie co kto przeżył i jakie to było niesamowite i cudowne oczywiście jest możliwe, po pierwsze o ile damy radę to opowiedzieć, a po drugie o ile chcemy karmić wiecznie głodne ego. Doświadczyłam, nie da rady siąść w kręgu i opowiedzieć... zazwyczaj kiedy siadamy patrzymy na siebie czując jedność i wzruszenie.... po czym przechodzimy do kolejnej praktyki:) kolejny meander do rozwikłania i próg do przejścia.


Dla wojownika i wojowniczki na ścieżce serca jest decyzja i działanie. Tu nie ma „spróbuję”, czy „postaram się” tu daję swoje 100% oczywiście moje 100% dziś, może być inne niż wczoraj, ale zawsze to jest 100% bez cofania się, niepewności czy obaw „a co będzie gdy..” z zaufaniem i miłością w sercu. Kiedy przychodzą wątpliwości i obawy lepiej zrezygnować i odejść niż wchodzić w doświadczenie na pół gwizdka. Może uda się wrócić za jakiś czas.
W trakcie każdej praktyki czas jakby się rozciągał, trzy dni zdają się tygodniem! A doświadczenia pozostają we mnie na zawsze. Odwołuję się do nich, przypominam czego dane mi było dokonać i jaka jest MOC tej magicznej mojej drugiej strony, ta świadomość daje poczucie równowagi w codziennym życiu. 





Nie jestem w stanie opisać tu szczegółowo praktyk i ogromu przy tym radości i wzruszeń, głównie z tego powodu, że Sergiej na warsztatach w tradycji Tolteków często bazuje na zaskoczeniu, żeby ego w żaden sposób nie mogło się wcześniej wyreżyserować. Wszystkie ćwiczenia są niezwykłe i przepiękne! W swojej formie jak i efektach jakie przynoszą, dlatego nie chcę psuć zabawy ewentualnym uczestnikom naszych warsztatów. My, plemię, które tego już doświadczyło, czasem spotykamy się i wspominamy z rozrzewnieniem, szczególnie warsztat „Skok w Drugie JA” w którym można wziąć udział tylko raz...






wtorek, 29 lipca 2014

Historie wysłuchane - opowieść Don Carlosa

Gościł u nas w 2010 roku szaman Majów Don Carlos Barrios (tu można go znaleźć): http://www.mayancross.com/events-carlos-barrios
Oprócz warsztatów i ceremonii Ognia, razem zwiedzaliśmy Wrocław i okoliczne miasta, a przede wszystkim dużo rozmawialiśmy.
Don Carlos był z żoną (tu o żonie;) http://www.mayancross.com/events-adriana-rojas



            Don Carlos i Adriana, ceremonia Ognia



Pamiętam, jak któregoś dnia Adriana powiedziała mi, że nazwali nasze miejsce śniącym, a wszystko dlatego, ze zaobserwowali, jaką wagę przywiązujemy do snów. Zauważyli, że dla nas jest to ważna codzienna rozmowa, niejako podsumowanie nocy, dotyczyło to również naszych znajomych, uczestniczących na warsztatach.

Don Carlos opowiadał najczęściej o swoich doświadczeniach i tak dowiedziałam się jak to się zaczęło.
Kiedy był pięcioletnim chłopcem otrzymywał różnego rodzaju wizje, nie urodził się w wiosce Majów, więc dorośli nie bardzo wiedzieli co zrobić z takim chłopcem, który opowiada niestworzone rzeczy, przymykali więc oko, głaskali po głowie i odnosili się z dystansem. Pewnego dnia otrzymał wyraźną wizję, że jego ukochany dziadek umrze. Podzielił się z bliskimi swoim przekazem, tak jak zwykle, ale dopiero po kilku dniach, kiedy dziadek zmarł rodzinę i sąsiadów przeszła trwoga. Wszyscy zajęci byli przygotowaniami do pogrzebu, a na chłopca patrzyli inaczej niż zwykle. Nikt z nim nie rozmawiał, pewnie nie bardzo wiedział jak i co ma powiedzieć. Mały Carlos był przerażony, czuł się wykluczony i w jakiś sposób winny. Nie wiedział co zrobił nie tak, rozumiał, że dziadek umarł, tak jak to mu pokazano, rozumiał, że nie z jego winy, ale nie rozumiał, dlaczego bliscy i znajomi odwracają się od niego. Doszedł do wniosku, że w takim razie, wizje, które do niego przychodzą są wszystkiemu winne. W całym zgiełku nikt nie zauważył, jak wymknął się z domu i pobiegł na basen.
Wskoczył do wody i gorąco pragnął aby duchy wody zabrały jego dar od niego, bo nie chce już widzieć i mówić o różnych rzeczach, bo nie chce być samotny. Kiedy wyszedł z wody, czuł się lżej, faktycznie poczuł, że coś się zmieniło.

Minęło kilka dni, wizje nie przychodziły, sny były normalne, nie miał niczego do przekazania, znajomi i rodzina odetchnęli z ulgą, ale Carlos wcale nie poczuł się lepiej. Zrozumiał, że brakuje mu tej jego ważnej części - daru, który był jedyny w swoim rodzaju, a który zostawił w wodzie. Kiedy to zrozumiał, pobiegł znowu na basen z nadzieją, że jak wskoczy do wody i poprosi, to oddadzą mu jego własność. Był przerażony tym co zobaczył, z basenu właśnie spuszczono wodę, aby go wyczyścić.

Wszystkie następne lata naznaczone były smutkiem i poczuciem straty.
Pamięć o darze, popchnęła Don Carlosa do poszukiwań duchowych. Zjeździł świat, siedział przy wielu ogniskach i uczestniczył w wielu ceremoniach, by na koniec powrócić do Gwatemali. Wtedy to Starszyzna Majów zaprosiła go do siebie na spotkanie.
Szedł dumny i zadowolony z siebie, marzył kiedyś o takim spotkaniu, teraz, myślał, jestem doświadczony i doceniają mnie.
Kiedy staną przed Starszymi usłyszał, że obserwowali go od dawna i czekali, kiedy będzie gotów na naukę. Dopiero teraz okazał się dostatecznie gotowy na podstawową wiedzę.
 Don Carlos uśmiechał się do siebie, kiedy mówił, jakim był dumnym młodym człowiekiem, a jak przyszło mu spokornieć. Jego dar wracał po trochę, w trakcie praktyk i inicjacji.
Miał wiele szczęścia, bo nauczało go dwóch nauczycieli. Obaj potężni, ale bardzo różni, jeden był prostym człowiekiem mieszkającym na skraju wioski, drugi wykształconym działaczem ONZ.
Obaj należeli do Starszyzny Majów i przekazywali swoje dziedzictwo dla następnych pokoleń.




poniedziałek, 7 lipca 2014

Magiczne odwiedziny

Niezwykła, upalna niedziela nam się przydarzyła. Po spacerze, lodowatej kąpieli, siedziałam sobie na pieńku i okorowywałam gałęzie cisu - na runy i talizmany. Męska cześć rodziny, syn i mąż przygotowywali sobie późne śniadanie, my z córką wciąż na głodówce, więc zajęte twórczymi rzeczami:) Gdy wyrwało mnie z zamyślenia
- "Dzień dobry, jak pięknie tu macie, przychodzimy i podziwiamy"
Dziwna sprawa, stoją trzy panie, przyszły od lasu, co u nas się raz na pięć lat zdarza, a zazwyczaj są to nieproszeni panowie na kładach. Przywitałam się i zaproponowałam chłodny napój.
W domu szybciutko przygotowywałam przeze mnie robiony sok z czarnego bzu z wodą i cytryną, a kiedy córka zapytała się dlaczego tak się spieszę (bo na głodówce raczej powolne jesteśmy;) odpowiedziałam jej, że żartów nie ma, bo odwiedziły nas starucha, matka i dziewica.

                          Potrójna Bogini

Najlepsze jest to, że gościłyśmy je z córką, męska część jakoś nie poczuła potrzeby przywitania się:) Tak sobie posiedziałyśmy, popiłyśmy sok i porozmawiałyśmy. "Starucha" - pochodzi z tych stron, niektóre nazwy zna jeszcze po niemiecku, bo takich używali w dzieciństwie, przeprowadziła się później pod Poznań, ale miłość do natury i krainy dzieciństwa pozostała. Interesuje się ziołami, ale podchodzi do sprawy naukowo, lubi wiedzieć wszystko o danym gatunku. "Matka" mieszka w Wiedniu, ma dom w górach i chętnie tu u nas będzie gościć na masażach i innych atrakcjach, a "dziewica" studiuje w Wiedniu i jest chętna na warsztat zielarski w Trzech Źródłach. Napiły się i poszły z powrotem do lasu...
Kiedy za jakiś czas poszłam kolejny raz zanurkować w naszym zbiorniczku z lodowatą wodą, zobaczyłam je w oddali na naszych łąkach, jak zrywają zioła:)

Jedyne symboliczne odczytanie tego znaku nasuwa się z oczywistością. Kobieca Bogini przybywa:)

I sen w nocy, jadę samochodem ruchliwą trasą, ale silnik jakoś dziwnie spowalnia, słyszę głosy ludzi dookoła, którzy z przejęciem mówią o tym, że to Matka Boska! Stoję już przy drodze, obok drzewa i widzę, jak przez jezdnię sunie diamentowo migocący hologram kobiety. Myślę, faktycznie albo zakonnica, albo święta. Migocąca zjawa zbliża się do drzewa, ufff, nie do mnie na szczęście, ulżyło mi, po czym energia przesuwa się i w jakiś sposób przenika na mnie. No dobrze, niech i tak będzie - zgodziłam się w tym śnie, nie wiedząc co to znaczy, ale czując nieuniknione.

Nie będę się wymądrzać na tm kobiecej mocy, to się wie i już:)
Za to dziś cały upalny dzień jak nie w wodzie to w niebie. Chmury dały dziś nad górami prawdziwy popis! Przy pięknej pogodzie grzmiało, czyli Istoty Grzmotu się odezwały, a w górach to tak pięknie brzmi!!!

                  Za brzozą w tle już burza w górach


                     Ja z głową w chmurach



piątek, 4 lipca 2014

Lato

                         Widok na łąki z Trzech Źródeł



Lato czyli dźwięki, zapachy i widoki. Ptasie koncerty, również nocą derkacz swoje pieśni śpiewa, świerszcze i świetliki wieczorem, kiedy chodzimy się zanurzać w zimnej wodzie. Wszystkie te smaki zbieram, oprócz smaków rzeczywistych, ponieważ jestem w trakcie kilkudniowej głodówki, razem z córką. W postach mamy doświadczenie wieloletnie, jeden dzień w tygodniu nie jedliśmy - tylko piliśmy wodę. Kilkudniowe również przeprowadzaliśmy raz nawet udał się szałas potów podczas trzydniowego postu. Czuję się mocno zagłębiona w siebie, tak jakby nie jedząc, świat wewnętrzny rozszerzał się i z tego miejsca oglądam, podziwiam i doświadczam lata:)

                            Wieczorne mgły


                           Dzwonki na łące

Łąki są już tak piękne i dojrzałe, sięgają w niektórych miejscach do pasa. Zbieramy zioła na herbaty suszymy każdy gatunek, jesienią przyjdzie czas za mieszanie składników, dziś chaber bławatek  przepięknie wygląda. Mamy już w spiżarni syropy z mniszka, czarnego bzu pędów sosny i świerka. Nalewki ziołowe z czosnku niedźwiedziego, czeremchy, kwiatów kasztanowca. Przyjemnie patrzeć na takie zbiory:)




poniedziałek, 30 czerwca 2014

Zimna woda

Kiedy przeprowadziliśmy się do Długopola Górnego w 2002 roku wynajęliśmy mieszkanie w Starym Młynie, który w czasach późniejszych zamienił się w gospodarstwo agroturystyczne. Położony jest nad rzeką Nysa Kłodzka, wystarczyło przebiec podwórko i kawałek łąki, żeby się wykapać w lodowatej - nawet latem - wodzie. Latem rzeka wygląda jak większy strumień, natomiast wiosną przy roztopach pędząca brązowa kotłowanina niesie z łatwością drzewa.
Dla nas była to okazja do całorocznych kąpieli. Biegliśmy w szlafrokach i strojach kąpielowych, na jedno poranne zanurzenie, latem czy jesienią nie było to takie szokujące. Natomiast zimą... kiedy biegliśmy przez zaspy śniegu, moje ego było sparaliżowane;) tym, że coś tu nie pasuje! Pamiętam to uczucie, za każdym razem przy zanurzeniu, jak totalny reset komputera i za chwilę gorąc w całym ciele, tuż po wyjściu z wody. Również dla sąsiadów był to widok szokujący. Poradzili sobie nazywając nas morsami, a nam ta szufladka nie przeszkadzała. Dzieci do porannych kąpieli przyłączały się, kiedy nie szły do szkoły.  Zostało nam do dziś oblewanie się zimną wodą pod prysznicem, na koniec kąpieli. Zimna woda została oswojona.
Od kiedy mieszkamy w Trzech Źródłach do strumienia mamy dalej, przez dwie łąki i leśną drogę, nie ryzykuję biegania w szlafroku szczególnie zimową porą.

Aż zapragnęliśmy mieć własne miejsce tuż przy domu, najlepiej zasilane źródlaną wodą. Wczuwaliśmy się w teren, negocjowaliśmy ze sobą, Duchami strażnikami i udało się.


                     Mała zwinna koparka i wielki dół..






 W dole wmontowana jest rura, którą można wypuścić w razie potrzeby wodę do rowu odwadniającego.



Do budowy ścian użyliśmy lokalny kamień - łupek, piękny z srebrnymi nitkami. Zbieraliśmy go przez lata, czując, że go dobrze wykorzystamy.




Z lewej strony w rogu znajduje się dopływ źródlanej wody, która ciurka sobie powolutku przez otwór kamienny, z prawej mały odpływ dla przelewającej się. W ten sposób może nie zamarznie zimą.




Tak się prezentuje napełniony wodą. Słupki są "niezbędne", do gimnastyki - Wiktor mi zademonstrował, oraz gdy przyjadą małe dzieci, są tak sprytnie pomyślane, że z łatwością montuje się między nimi tyczki i ogrodzenie gotowe.



Woda jest lodowata! Prawie zatrzymuje oddech, ta w Bajkale była cieplejsza:) Nie mniej korzystamy z przyjemnością z orzeźwiających ciało i ducha kąpieli, całą rodziną, każdy o innej porze dnia, bez względu na pogodę.






niedziela, 29 czerwca 2014

Magiczna codzienność i jak sobie o niej przypomniałam

Codzienność jest święta. I basta:)
Pamiętam jedną z ceremonii - warsztatów i tłum ludzi poszukujących, a wśród nich ja i Ania. Obie miałyśmy dziwne wahania - iść - nie iść - na ten warsztat, i jakoś tak z tego wahania poszłyśmy... Na salę wkracza prowadzący i UPS "co ja tu robię"? pytam siebie...
Tak się "jakoś" zdarzyło, że nie zobaczyłam go wcześniej na zdjęciu.. a tak mam, że czuję COŚ widząc zdjęcie, czyli "czy nam z tą osobą po drodze, czy lepiej nie" i w tym konkretnym przypadku byłoby: "lepiej nie", gdybym wcześniej zobaczyła zdjęcie. Skoro jednakowoż nie zobaczyłam, uznałam to za znak, po coś tu jestem. Pamiętam zapadanie się w siebie, sny - wizje, które męczyły, jak w zamkniętym, ciasnym pomieszczeniu i nagle jasny wyraźny obraz Wiktora, jego śmiech, kiedy razem szykujemy śniadanie i głos "codzienność jest święta". Małe oświecenie! Co ja tu robię? gdy w pachnącym domu, przy pachnącym lesie czeka na mnie święta codzienność, którą tak naprawdę uwielbiam i wciąż kreuję od nowa!  W połowie naszej przygody Ania pierwsza zaczęła wymykać się na zewnątrz, ja nieśmiało dołączałam do niej. Nieśmiało... bo z jakiegoś powodu nie umiałam podjąć decyzji o opuszczeniu tego miejsca w połowie właśnie. Skoro nie umiałam tego zrobić, poczułam, że mam zaufać sile rozmachu Ani, która doszła do tych samych wniosków w trakcie warsztatu, ale w waleczno - buntowniczy sposób. Wróciłyśmy do domu, czując ogromną ulgę i wdzięczność za to doświadczenie. Byłyśmy obie w zgodzie z sobą i zostałyśmy też w naszej decyzji uszanowane przez organizatorów.  Teraz wspominam tamte zdarzenie z przyjemnością. Jak czułam się daleko, jak natychmiast pragnęłam wrócić do swojego miejsca na Ziemi! Co mnie się wcześniej nie zdarzało, bo dotąd siła jakaś ciągnąca, emanująca gdzieś z mojego środka, kierowała na spotkania z ludźmi, na warsztaty i leśne przygody. Wracałam zawsze z przyjemnością, ale również z pomysłem na kolejne wyjazdy. Teraz jest inaczej. Jakby całe bogactwo, ogrom duchowych, szamańskich doświadczeń mam ze sobą, zawsze... to tak, jakby uruchomił się magiczny mikroskop - w dodatku zwalniający czas, w związku z czym widzę i dostrzegam więcej i jakby wolniej. Nie ma potrzeby ruszać daleko, co krok w każdej kropli zwisającej ze świerkowych igieł, w smugach mgły i świetle świetlików jest wszystko - wszystko to CZYM postrzegam mój wszechświat.
Żeby widzieć i czuć więcej wystarczy odejść od bodźców zewnętrznego świata i zanurzyć się w sobie, najlepiej w otoczeniu przyrody. To tam, w samym środku jest nasza orenda do odkrycia, nasza jedyna w swoim rodzaju, największa tajemnica i kompas jednocześnie.

W zeszłym roku dane mi było pojechać nad Bajkał, choć ciężko ogromnie mi było wyruszyć, wiedziałam, że jest to nieuchronne po śnie w którym z ogromną prędkością pędziłam łodzią, siedząc w niej tyłem. Woda prawie granatowa rozchlapywała się dookoła, a ja mogłam tylko zamknąć oczy i czekać, dopłynęłam w tym śnie do wyspy, i tu usłyszałam dźwięki szamańskiego bębna. prowadzona nimi doszłam do piwnicy, w której siedziała kobieta, miała jedno oko patrzące wyraźnie na mnie, a drugie szalone, nieustannie kręcące się, jakby widziało WSZYSTKO.

Tak jak we śnie droga była długa i męcząca,  choć już podróżowałam koleją transsyberyjską, z przyjemnością,  to tym razem było inaczej, mogłam tylko zacisnąć oczy i przeczekać, ale to historie na inny czas:)


                                     Nad Bajkałem

Teraz przyszło do mnie wspomnienie jednego ćwiczenia, właśnie z tych warsztatów. Dobraliśmy się w pary, ja byłam z Alfinur, piękną Tatarką i tak gdy jedna ma zawiązane oczy, druga jest aniołem stróżem. Zadanie polegało na tym, aby doświadczać świata bez wzroku, poczuć się częścią przyrody przy czujnej opiece aniołów, a dla chętnych w którymś momencie istniała możliwość wypowiedzenia na głos intencji - dotyczącej prawdziwych sytuacji w życiu - oraz celu jaki w naszym marszu z zawiązanymi oczami chcemy osiągnąć. Marsz miał pokazać nam jaka energia towarzyszyć nam będzie w realnym świecie, podczas realizacji tego celu, czy uda się nam go osiągnąć, docierając w tym ćwiczeniu do wybranego miejsca w przestrzeni. Ajna - prowadząca,  podała nam taki przykład: na głos powiedziała intencję - wyjazd za granicę i idąc w kierunku drzewa, które obrała jako cel  weszła w totalne błoto. W ten sposób została ostrzeżona, że sprawa jest grząska i rzeczywiście okazało się to prawdą po czasie, ale i cel osiągnięty - bo do drzewa w tamtym ćwiczeniu dotarła.
I tak ruszyłam pierwsza z zawiązanymi oczami. Ciepły piasek i modrzewiowe szyszki szeleściły pod stopami, z jakiegoś powodu już teraz chciałam "poczuć" i osiągnąć cel. Powiedziałam intencję, ale sama w środku czułam fałsz... że to nie o to mi chodzi, ale na ten moment wydawało się, że tak jest dobrze i MUSI się udać dotrzeć do Bajkału, co będzie oznaczało, że uda się też w uzgodnionej rzeczywistości. Ruszyłam dziarsko... bo przecież mam doświadczenie w chodzeniu z zawiązanymi oczami z warsztatów Sergieja w Trzech Źródłach.. :) za jakiś czas zatrzymały mnie dziwne posapywania, poczułam gęstą energię wokół i ciepło, wiedziałam, że nie bardzo mam jak iść. Zapytałam mojego anioła stróża (co nie do końca było zgodne z instrukcją, mieliśmy obyć się bez słów...) Alfinur szepnęła rozbawiona, że to krowy przyszły się paść... no tak. Wydawało mi się, że zgrabnie je wymijam i ruszam oczywiście dziarsko dalej, brnęłam i brnęłam w piasku, czując już tusz tusz zapach Bajkału - bo on pachnie przepięknie! i Mewy tak głośno krzyczały i bam! Poczułam rękę Alfinur na czole o mało nie walnęłam w słup! w słup?! skąd słup? macam, sprawdzam dźwięki zdecydowałam, że zbłądziłam, zmieniam kierunek i brnę dalej. Znowu posapywania, ale inne tym razem, nic to - przecież cel - muszę iść dalej! Mocno zmęczona poczułam, że trzeba się zatrzymać i zastanowić, czy to aby na pewno jest ten cel do osiągnięcia. Wyciszam się na ile mój rozbiegany umysł potrafi. Jeszcze raz powtarzam na głos swoją intencję z impetem wstaję i BUM! Tym razem mój anioł stróż nie zdążył i walnęłam z mocą w drzewo...
To był kres. Powiedziałam, że to znak, i zdjęłam opaskę z oczu. Do jeziora było może piętnaście kroków, a ja przez ten czas kręciłam się w kółko. Alfinur z przejęciem opowiadała mi, jak to pilnując mnie obserwowała cała grupę, zauważyła, że tylko do mnie podeszło stado krów i dokładnie obwąchało, później kilka psów też tylko do mnie... dokładnie wąchało moje nogi, gdy stałam i nasłuchiwałam gdzie iść dalej.


                         

Przyszła kolej na Alfinur. Kiedy ja już wyciągnęłam swoje wnioski, patrzyłam jak ona robi dokładnie to co ja wcześniej. Mówi na głos intencję i za wszelką cenę chce się dostać do Bajkału. Było to z tego miejsca podwójnie znaczące dla mnie. Mimo, że jak mi powiedziała, dokładnie wsłuchała się we wszystkie dźwięki pilnując mnie i orientuje się w terenie,  pobłądziła tak jak ja. Kręciła się w kółko, jednak  znalazła i rozpoznała płot, po którym zbliżyła się do wody. Tuż przed jeziorem usiadła, powiedziała na głos, że nie da rady, a ja anioł stróż szepnęłam "nie poddawaj się"... i usłyszała skuter wodny... i z radością wpadła do Bajkału.
Kiedy opowiedziałam swoją historię siedząc później z grupą w kręgu, powiedziałam, że przeżyłam jedną z ważniejszych lekcji. Doświadczyłam jak mocno można się zafiksować na celu i przegapić niezwykłe magiczne momenty po drodze. Tyle pięknych chwil mi umknęło niezauważonych! Krowy mi o tym mówiły;) a ja nie słyszałam, potem psy, a ja gnałam. Poczułam tak mocno, jak to możliwe, ze śliwą na czole po uderzeniu w drzewo, że WSZYSTKO W DRODZE JEST WAŻNE. Droga weryfikuje, czy wybraliśmy prawdziwy cel, czy jesteśmy gotowi sprostać jego realizacji...

I tak, udaje mi się teraz coraz częściej, być obecną, czuć wszystkie magiczne chwile, słuchać wiatru i kruków, częściej BYĆ niż wymyślać cele, bo codzienność jest święta i basta.




czwartek, 26 czerwca 2014

Historie wysłuchane


 Nocne opowieści przy piecu w betlejemce, czy ognisku w lesie mają niezwykłą moc. Wyciekają z nas,  gotowych się nimi dzielić i przeżywamy je wspólnie na nowo. Z zachwytem słucham zawsze, tego, co prawdziwie doświadczone i z namaszczeniem przyjmuję. Ten kto się decyduje na osobistą opowieść jest jak bohater, bohaterka, oto uchyla rąbka swojej tajemnicy, nazywa to co było schowane, wybrzmi to strunami głosowymi, zamknie w słowach i wypuści na wolność.  Niektóre historie zostają ze mną na długo, delikatne i intymne, jak tajemnice, inne wędrują dalej w świat, zbyt cenne, aby zachować tylko dla siebie. Pomyślałam, że to jest doskonałe miejsce do tego, aby się nimi dzielić, ponieważ często zdarza się tak, że goście nie widzą w swoich historiach "niczego nadzwyczajnego", natomiast ja widzę, czuję i szanuję.
Las delikatnie szumi, koziołki sarny poszczekują ostrzegawczo, intensywne zapachy letniej nocy prowadzą przez biblioteki wspomnień i  historie wracają.
Najpierw pojawia się postać, widzę twarz, gesty, mimikę twarzy, potem słyszę głos, charakterystyczne pociągnięcia nosem, często powtarzane słowa, śmiech - jedyny w swoim rodzaju.

I Tak pojawił się Maniek. Znaliśmy go jeszcze z czasów Żmigródka, kiedy prowadziliśmy firmę skupu surowców wtórnych. Maniek współpracował z nami, prowadził z braćmi własną firmę. Szczupła, zgarbiona sylwetka, wydawała się drżeć w bezruchu, dlatego Maniek nieustająco się ruszał, nie koniecznie z wigorem, raczej monotonnie i konsekwentnie. Każdy z braci wyglądał inaczej, kiedy przyjeżdżali do nas miało się wrażenie, że to grupa nie podobnych do siebie znajomych. Maniek wyróżniał się tym, że w roboczym ubraniu wyglądał jak menel, z wąskimi oczami na długiej, pociągłej twarzy i potarganymi włosami. Kompletnym zaskoczeniem okazał się fakt, że to on jest szefem, któremu wszyscy ufają. Mówił niedbale, szybko i jednocześnie monotonnie, tak jakby to, co opowiada było normalne i pewnie nie interesujące, jakby chciał mieć swoją wypowiedź za sobą. Pogodne usposobienie i umiejętność słuchania mogła wzbudzać mylne wrażenie, że oto człowiek potulny i spolegliwy, a on w taki sam monotonny sposób wyrabiał sobie opinie i konsekwentnie, często wbrew opinii innych ludzi,  potrafił realizować postanowienia.

Maniek Przyjechał do nas po latach, odnalazł nas, bo wspominał, że fajnie się z nami rozmawiało na magiczne tematy, a właśnie magii mu brakowało do rozwiązania swojego kłopotu. I Tak przy ziołowej herbatce i trzaskającym ogniem w piecu historia popłynęła w przestrzeni.
Zaczęło się tak: firma podzieliła się i każdy brat zarabiał  na siebie, co było Mańkowi na rękę. Przy nim została mama (tato dawno temu zmarł) i dwie siostry, a gdy zaszła potrzeba, bracia się ze sobą dzielili i pomagali jeden drugiemu. W tym czasie Maniek poznał dziewczynę, wiedział, że nie jest to "materiał na żonę", bo "siedziała z nim kiedy za nią płacił", ale wprowadziła się z kilkuletnią córeczką i tak zostało. Mężczyzna poczuł się odpowiedzialny i tym bardziej zaczął dbać o dom. Zdarzyło się  większe zlecenie przy którym bracia znowu pracowali jak jedna drużyna, ale zamiast zyskać na sprzedaży złomu... tracili nie rozumiejąc dlaczego,  bo zapłaty było coraz mniej, a nakładów i roboty więcej. Przyszły koszmarne święta, nie było na prezenty, ledwo starczyło na jedzenie, a panna z dzieckiem zagroziła, że się wyprowadzi. Maniek był zrozpaczony...  Tu następuje zwrot w opowieści - jakby wewnętrzny wojownik podejmował decyzję i tak nasz bohater zdecydował się sprawdzić swojego odbiorcę towaru, czy ten aby na pewno jest uczciwy. Kiedy z cała pewnością przekonał się, że waga na którą wjeżdża się ze złomem i potem na pusto - po rozładowaniu towaru - była w jakiś sposób tak regulowana, że wskazywała nieprawdziwą wagę, nie korzystną dla sprzedających, za to bardzo korzystną dla kieszeni kupującego złom. Maniek, uczciwy i pogodny człowiek wkurzył się mocno, na taką perfidną niesprawiedliwość, ale po swojemu, wiedział, że drogą urzędową niczego nie wskóra.  Zaczął dowiadywać się od ludzi, co może zrobić, żeby wagę wyregulować tak, żeby tym razem wskazywała to, co Maniek zechce. Wystarał się o aparaturę napędzaną pilotem, tak, że mógłby odczytem na wadze zdalnie sterować siedząc za kierownicą samochodu. Należało w tym celu jedną część zamontować przy aparaturze wagi w portierni i to wydawało się niewykonalne. Na ogrodzonym terytorium złomowiska,  właściciel wypuszczał na noc cztery groźne psy. Karmienie ich smakołykami nie przyniosło efektu, były głośne i nieprzejednane. Maniek nie poddał się, zaczął dopytywać ludzi co zrobić, żeby nie pogryzły go ostre psy i tak od starszych ludzi usłyszał, że kiedy smalcem z psa posmaruje podeszwy butów żaden pies nawet na niego nie szczeknie. Wszyscy bracia się z niego śmiali, mówili że to bajki dla naiwnych,  a on przez długi czas zbierał potrącone przez samochody na drogach, martwe psy i na swoim złomowisku wytapiał z nich smalec...
Z duszą na ramieniu w wysmarowanych smalcem butach przeszedł przez płot, powoli wszedł do portierni i zamontował urządzenie. Myślał, że miał szczęście i właściciel tej nocy nie wypuścił psów, z ciekawości przeszedł wolno obok ich legowisk kompletnie zaskoczony zobaczył, że psy są, nie wychodzą ze swoich bud i siedzą cicho obserwując go....

Maniek odrobił na "swojej wadze", tyle na ile go oszukano, po czym skończył współpracę z właścicielem złomowiska. Historię opowiedział mi mimochodem, przechodząc do meritum - problemów z panną z dzieckiem... to ja dopytywałam o szczegóły, jak się dowiedział o oszustwie skąd wziął smalec...  a on zaskoczony, że wzbudził moją ciekawość,  spokojnie dopowiadał.
 Nie oceniam osobistych historii - tak jak człowieka - zapisuję w czasoprzestrzeni jako wielobarwną część tajemnicy, wycinek który dane mi było dotknąć.

Na koniec dodam, że moc i magia zadziałała - a w tym przypadku to Mańka zaangażowanie i modlitwa. Panna przestała go szantażować, pić i imprezować nie przestała, ale jej córeczka uniknęła domu dziecka zostając pod opieką Mańka jego mamy i sióstr.


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Zmiany

Wszystko ma swój czas...
Pamiętam kiedy pierwszy raz przyjechałam TU, mój zachwyt, wzruszenie kiedy tylko stanęłam na Ziemi... wiedziałam, całą sobą czułam że właśnie znalazłam moje miejsce.
Z niezwykłą troską i ostrożnością wsłuchiwałam się we wszystkie znaki, głosy. Przyjeżdżaliśmy wtedy na kilka dni, bo mieszkaliśmy wtedy jeszcze w Żmigródku.
 Pamiętam raz, nad ranem sen o kamiennym korycie, do którego przychodziły zwierzęta...a kiedy wstałam (bo kładę się później i w związku z tym później niż Wiktor wstaję;) wtedy rano... Wiktor powiedział, że ma dla mnie niespodziankę i pokazał mi kamienne koryto, które odkopał w zboczu górki.
Wspominam też ostrzegawcze pomruki, czy je czułam, czy słyszałam - nie wiem... mówiłam Wiktorowi, ze Duch Lasu nie jest zadowolony, że tak zagarniamy przestrzeń, nie umiałam mu wytłumaczyć, że chodzi o koszenie, o energię taką może zbyt męską - zapanowania nad terytorium, że to za szybko się dla Nich dzieje... Tego samego popołudnia mój mąż poważnie zranił się w palec - kosząc trawę.
Raz odwiedziła nas Mgła... to nie była zwykła mgła.. dzieci krzyczały, że coś idzie.. i szło, wyglądało jak sunąca biel... nie przeźroczyste smugi, tylko bardzo konkretna skondensowana biel, mająca swój wyraźny początek. Otoczyła nas na naszym pagórku, jak ogromna, zasłaniająca sobą wszystko pierzyna, tak że poczuliśmy się sami na świecie:) nawet dźwięki były odcięte... jakby wszystko oprócz niej nie istniało. My staliśmy na swoim przyczółku zupełnie wyraźni, bez żadnych mglistych smug, może tylko zauroczeni, w oczekiwaniu co będzie dalej. Nie wiem jak długo to trwało, dzieci się znudziły, a ja stałam i patrzyłam na nią, ciekawa tak jak Ona nas:) i odeszła po jakimś czasie - nie rozpłynęła się, jak to robią mgły, a  wycofała i odeszła.
Mogło się nam wydawać, bo to jedna taka mgła? Może w górach tak już jest? Ale gdy następnego dnia poszliśmy do sąsiadów po jajka, pytali nas jak się czuliśmy, bo oni widzieli jak nas "chmury" odcięły, mówili, ze czegoś takiego nigdy nie widzieli.
Tyle niezwykłych magicznych chwil się zadziało przez te wszystkie lata, a my jakby okrzepliśmy w tym. Mamy już wypracowany sposób postępowania z Duchami tego miejsca, i jakąś wewnętrzną zgodę na zmiany w otoczeniu. Z jednej strony nie ma wyjścia, bo wycinki w lasach państwowych się nie przeskoczy. Chodzę więc po lesie i mówię do drzew, że zostaną wycięte... żeby się przygotowały.
Niektóre udaje nam się ratować - piszemy na nich GNIAZDO i dogadujemy się z leśniczym. Wszystkich nie uratujemy... lasy państwowe "uprawiają" drzewa, więc prędzej czy później jest jakaś wycinka. Leśniczy swój chłop:) można się dogadać, ale swój plan ma odgórny i musi wykonać.
Poza tym tartak za strumieniem, całe lata stał opuszczony, teraz od kilku lat hula i trzeszczy... Właściciel na naszą prośbę wygłuszył silniki i hale na ile się dało, ale w górach głos jakby miał swoje korytarze, po których wędruje. Teraz kiedy leżę nad wodą wsłuchuję się w te pomruki i czasem wychodzi z tego całkiem harmonijna muzyka:)
Nasza przestrzeń też ulega przemianom. Betlejemka od przaśnej chatki z klepiskiem i drabiną na poddasze, przemieniała się kolejno w chatkę z posadzką kamienną i wejściem na poddasze od zewnątrz, aż po budynek z jadalnią, elektrycznością i schodami na górę. To także moja osobista przemiana. Betlejemka - kuchnia to miejsce, gdzie czuję się najlepiej, to tu suszę zioła, gotuję syropy na zimę. Tu pachnie drewnem i lasem. Tu przeżywałam OGROM emocji przez wszystkie lata, czy to na warsztatach, kiedy uczestniczyłam, albo gotowałam,  czy kiedy sama przebywałam tu dłuższy czas. Powstawały wtedy amulety, przedmioty mocy,  odbywały się rytuały i ceremonie. Jeszcze w uszach brzmią rozmowy, jeszcze czuję pożegnalne uściski, bliskich mi osób i zapachy ... I jest to gdzieś w mojej podświadomej bibliotece, bo miejsce jako takie - już oczyszczone. Betlejemkę tę starą pożegnaliśmy.

            Ja i Ania kiedyś w Betlejemce na poddaszu - przyłapane na pogaduchach:)

                             A tak wyglądało wyburzanie....

Z wdzięcznością pożegnaliśmy to co stare. Wszystko ma swój czas i miejsce, tak jak zmienia się wiedźma, zmienia się też jej kuchnia:)


    A tu został się jeno piec, porządnie osadzony na fundamencie...

Nowe pokoje, wielkie okna i zdaje się my:) jak nowi. We frontowe kolumny postanowiliśmy schować "naszą historię", spisałam wszystko w skrócie - od samego początku jak to wyruszyliśmy w nieznane szukać swojego miejsca na Ziemi, jak zaczynaliśmy tu - pionierzy, wszystko od początku z radością i entuzjazmem,  dodałam nasze rodzinne zdjęcie i umieściliśmy wszystko w szczelnie zamkniętym pojemniku - DLA TYCH CO PRZYJDĄ PO NAS.

                                                                        Historyczny moment




Teraz wciąż jeszcze trwają prace i powstaje kompletnie NOWE - inne energetycznie miejsce. Chodzę i próbuję się wczuwać;) w sobótkowy wieczór, w przerobionym staro-nowym piecu paliłam i rozkoszowałam się zapachami i herbatą. Jeszcze nie wiem co przyniesie to nowe, jakie doznania, jakie smaki, bo wszystko się zmienia w odpowiedniej czasoprzestrzeni, ale mam zaufanie, że przychodzi dokładnie to co przyjść powinno.





piątek, 20 czerwca 2014

Noc Świętojańska


Mam takie poczucie, że od dzieciństwa ta noc do mnie jakoś przemawiała, magia czerwca i czereśnie zakładane za uszy:) Oczywiście wyprawy do lasu i na oszałamiająco pachnące łąki, kiedy po burzy z mokrymi włosami i w mokrej sukience wracało się do domu - zwłaszcza w Boże Ciało. Czerwcowe ogniska i bieg po lesie w poszukiwaniu kwiatu paproci:) Naprawdę byłam pewna co najmniej kilka razy, że słyszałam i widziałam świtezianki!
Dla mnie czerwiec i grudzień to miesiące gdzie czuję najgłębiej tajemnicę - ukrytą ale w jakiś sposób w te magiczne miesiące, odczuwalną wszystkimi zmysłami, zwłaszcza tymi magicznymi:)

Wiele/u z nas to czuje, i czuło już w dzieciństwie, zanim święto to na nowo stało się modnym i obchodzonym. Przesilenia mają MOC i tyle.

Nie zawsze udawało się nam świętować w magiczny, zaplanowany sposób. Bywały w tych dniach wyjazdy zarobkowe, na których wieszczyłam, czy szłam z pochodniami do Świętojańskiego Ognia, rozkręcałam imprezę z innymi wiedźmami, czy z okazji wystawy Kobiety Mocy, przeprowadzałam rytuał z bębnem, nie mniej ZAWSZE działo się coś magicznego, co napełniało mnie tą głęboko odczuwalną mieszanką satysfakcji i radości.

Dziś przypomniała mi się jedna z tych magicznych u nas w Trzech Źródłach.







Kilka lat temu po rozmowie z Don Carlosem Barriosem szamanem Majów, doszłam do wniosku, że Duchom Przyrody w Trzech Źródłach przydałby się rytuał Ognia. Zaczęliśmy na 20 dni przed nocą świętojańską. Liczba 20 u Majów ma szczególne znaczenie, określa tyleż świętych sił działających w przyrodzie - tyle ile palców u rąk i nóg, 10 sięga kosmosu, 10 sięga ziemi. Don Carlos powtarzał, że to co pochodzi od Majów jest praktyczne i proste, jeśli coś jest skomplikowane - z całą pewnością nie pochodzi od Majów. Tak też to czułam, kiedy przechodziłam praktyki prowadzenia Ceremonii Ognia.

Przez 20 dni paliliśmy w specjalnie przygotowanych dwóch miejscach, na zmianę po 20 białych świec.  Doglądaliśmy Ognia, by wszystkie świece były wypalone - czyli nasze modlitwy przyjęte.
21 czerwca wypadała pełnia i kumulacja naszego rytuału. Najpierw w pierwszym z miejsc przygotowaliśmy ceremonię Ognia. Do tego celu musi być specjalnie przygotowana przestrzeń, uprzednio okadzona i oczyszczona. Usypuje  się z cukru dwa okręgi, zewnętrzy, wewnętrzny, następnie strzałki odpowiadające kierunkom stron świata. Kaszka kukurydziana wypełnia wewnętrzny okrąg - symbolizując Matkę Ziemię. Na każdym z kierunków umieszcza się pięć świec - czyli w sumie 20, w ten szczególny wieczór świece były białe, w inne ceremonie Ognia świece odpowiadają kolorom kierunków świata na kole mocy.
Drewno do Ceremonii Ognia musi być czyste - czyli bez gwoździ czy farby. Po modlitwie z przywołaniem kierunków rozpalamy ognisko. Przychodzi czas na przywołanie wszystkich 20 świętych sił. Polega to na tym, ze zaczynamy od opiekuna dnia wg kalendarza Majów i gdybym dziś robiła ceremonię Ognia zaczynałabym od Kame (dziś 4 Kame). Swoją drogą niezwykła to by była ceremonia, bo Kame otwiera drzwi, które normalnie są zamknięte, czyli zasięg modlitwy i ceremonii byłby jeszcze głębszy i o mocnych podstawach - bo liczba 4 - to podstawa piramidy.
Dalej wzywamy każdą z sił według ich kolejności w kalendarzu. Należy przy tym być uważnym, nie wolno prowadzącemu pomylić kolejności, to zły znak i nieprzyjemne konsekwencje. Przy każdej z sił należy wezwać ją wraz z wszystkimi mocami jakie ona z sobą niesie i zawołać ją 13 razy - tyle ile głównych stawów w ludzkim ciele i "tygodni" w kalendarzu Majów. Przy czym nie jest to poważne i groźne wydarzenie, raczej podążanie za energią, bo każda ceremonia jest inna.
 Podczas przywoływania jestem zanurzona w jakiejś innej czasoprzestrzeni, jak w pachnącym oceanie energii płynę, nazywając to co się wokół pojawia, tak jakby słowa przepływały tylko przeze mnie i rozprzestrzeniały się tak, jak wskazują strzałki usypane z cukru - łącząc się z modlitwą przy świętych ogniach na całym świecie.
 Po zakończonej Ceremonii Ognia niewolno w żaden sposób dogaszać płonących czy żarzących się gałązek, Don Carlos mówił, że to święta przestrzeń, która tętni Duchem i w związku z tym jest całkowicie bezpieczna i uzdrawiająca dla otoczenia.



                      Przed jedną z Ceremonii Ognia



Wtedy po zakończeniu całego, długiego procesu w jednym miejscu, poszliśmy do drugiego - miejsca naszego ogniska, przy którym zwykle odbywają się spotkania i ceremonie... i tu nam dech zaparło... nigdy w życiu nie widzieliśmy tylu świetlików w jednym miejscu na raz!!!! Las wyglądał jak jeden przepięknie poruszający się lampion, światełka jak w delikatnym tańcu przenikały się i mijały, sprawiały, że każdy listek, źdźbło trawy i każdy kawałek kory ożył!  Staliśmy wzruszeni i oszołomieni, a wokół wszystko świeciło i tętniło świętojańską magią i zdaje się radością.  Usiedliśmy w celebracji bo magiczne momenty należy smakować TU I TERAZ.
Drugą tego dnia Ceremonię Ognia skończyliśmy nad ranem. Byliśmy w środku całkowicie pewni, że manifestacja świetlików nie była przypadkowa, jakbyśmy w ten sposób doświadczyli swego rodzaju porozumienia z bogactwem otaczających nas istot i było to porozumienie pełne miłości i radości.
Taka jest właśnie magia Nocy Świętojańskiej.


niedziela, 8 czerwca 2014

Zielone Świątki

 Tak do końca nigdy nie wiedziałam co to za święto, ale od lat zaobserwowałam, że odczuwam w tym dniu szczególną, delikatną energię i dopiero np. wieczorem dowiadywałam się, że dziś Zielone Świątki. Zesłanie Ducha Świętego, dla mnie oznacza to, że energia lekka, duchowa, oświeceniowa spływa niekoniecznie tego dnia, ale w okolicy tych kilku dni na Ziemię – na nas.

Nasi przodkowie czcili ten dzień na zielono, stąd też nazwa, od wieków kościół starał się podobnie jak śmingus-dyngus, czy topienie marzanny, wykorzenić „pogańskie” zwyczaje, zakazując odczyniania (oczyszczania) domostw zielonymi gałązkami brzozy. Nie udało się :) a co ciekawe, teraz głównie kościoły są przyozdabiane, może one najbardziej potrzebują oczyszczenia.

Wiosenne święto należało do młodych. To panny obchodząc gospodarstwa obijały brzozowymi gałązkami obejście, sady, zwierzęta gospodarskie, dla oczyszczenia przed złymi mocami i przyciągnięcia urodzaju. Na Ukrainie zachowały się pieśni np. „Idut diewcziata”, które młode panny śpiewały obchodząc razem wszystkie zagrody we wsi. Wieczorami zbierano się przy pasterskim ogniu, obowiązkowo należało zjeść jajko, czy to jajecznicę na ogniu, czy gotowane, bo ono również ma właściwości oczyszczająco – ochronne. Przy tej okazji odbywały się inne uroczystości jak pasterskie otrzęsiny, czyli pasowanie na pasterza, przepędzanie wystrojonego, najładniejszego byka po pastwiskach (w późniejszych czasach również po wsiach i miastach), czy wybieranie spośród młodzieży królowej i króla Zielonych Świątek. Były tańce i śpiewy przy Ogniu, który zwał się również sobótkowy i nierzadko płonął do świtu.

W Trzech Źródłach od kilku lat dla rodzinne świętujemy ten zielony dzień. Obowiązkowa jest oczyszczająca kąpiel pod gwiazdami, w noc poprzedzającą Zielone Świątki, wodę z dodatkiem specjalnych ziół gotujemy w kotle. Uczucie jest niesamowite! Kąpiel nigdy nie jest za gorąca, bo wieczory w górach są raczej chłodne, często też obijamy się moczonymi w wodzie gałązkami brzozowymi, tak jak to robili od wieków nasi Przodkowie. No i ten WIDOK!!!!!! gwiazdy nad głową – te spadające też, zapach dymu spod kotła i ziół w wannie, trzaski płonących gałązek, pohukiwanie sowy i „śpiew” derkacza... Nie ma to porównania z żadnym spa! Sprawdziliśmy:)



                      Kocioł z ziołową wodą do kąpieli



Dziś w upalny poranek poszliśmy z koszem na zioła, skrzyp polny, rekordzista pod względem zawartości krzemu, nadaje się do kąpieli i na herbaty, oraz gałązki brzozy do oczyszczenia i dekoracji. Dyszące z upału bernardynki leniwie sunęły za nami. Brzozowe gałązki najpierw proszę o pozwolenie i daję na wymianę garść kaszki kukurydzianej lub cukru, zanim zerwę do bukietu. Nasze łąki są niesamowite! Tyle zapachów i taka różnorodność ziół w wysokich, sięgających dużo powyżej kolan, trawach. Spacerujemy powoli, dostrajając się do rytmu wiosennego poranka.

W takie dni jak dziś wdzięczność wylewa się ze mnie, kiedy uświadamiam sobie jakie mam szczęście i błogosławieństwo od Przodków, że mieszkam w tak magicznym miejscu, że możemy swobodnie wykąpać się w górskim, lodowatym strumieniu nago, oczyszczając się symbolicznie z okazji święta, a potem z naręczem ziół, bukietów brzozowych, wrócić na boso do domu. 



                            Z brzozowym bukietem


Brzozowymi gałązkami nasza córka, oczyściła (omiotła) obejście, a my potem dekorowaliśmy nimi wejście do domu. Wisza teraz pachnąco w słońcu i przypominają o zapachem o jej niezwykłych właściwościach, to z kory brzozy wytapiało się niegdyś dziegieć – maść na wszystko – od smaru do piast w wozach, maści na końskie kopyta i ludzką skórę. Dym z kory brzozy wdychany głęboko, aż do wystąpienia łzawienia, skutecznie oczyszcza oczy, górne drogi oddechowe i jest skutecznym środkiem na gronkowca.


                              Ozdabiamy nie tylko wejścia:)
          

Dziś czeka nas jeszcze jedna kąpiel – tym razem relaksacyjna z innym składem ziół w kotle, kolacja przy ognisku, i noc w śpiworach na tarasie. Kto wie, może uda się zobaczyć kometę, która na pewno nie przez przypadek, właśnie w Zielone Świątki ma minąć Ziemię.



piątek, 6 czerwca 2014

Życie - Śmierć - Życie

Żeby nie przeszkadzać kociej, dzikiej mamie, ograniczyliśmy popołudniowe wizyty w betlejemce, donosiłam tylko jedzenie do miseczki. Mimo naszych działań, zapiecek okazał się pechowym miejscem dla kociej rodziny.

Dzika kotka nie pojawiła się, a maluchy Wiktor znalazł któregoś ranka nieżywe. Podejrzewamy, że coś się musiało stać matce, ponieważ wcześniej wracała co wieczór, rankiem też ją widywaliśmy, mimo ogromnego stresu związanego z ludzką obecnością dbała o potomstwo.

Mocno to przeżyliśmy. Nie musiałam zastanawiać się długo, jaki to znak, nasz majster na budowie odebrał wiadomość o śmierci teścia i moja znajoma zadzwoniła tego samego dnia z wiadomością o śmierci swojego ojca.


Przypomniałam sobie inny czas, kilka lat temu wiosną odwiedzał nas Wiatr...
Nie był to zwyczajny wiatr, bo nigdy wcześniej, ani nigdy później czegoś podobnego  nie widziałam. Usłyszałam, siedząc przy piecu w betlejemce potężny szum, kiedy wybiegłam przed budynek zobaczyłam, że tylko w jednym miejscu niedaleko naszej sali "światowida" podmuchy potężnie szarpią czubkami drzew! Rozglądałam się dookoła myśląc, że może zbliża się burza, albo wichura szaleje we wsi... a tu nic, tylko w tym jednym miejscu wieje i to z ogromną siłą! Stałam więc targana podmuchami, czując, że nie jest to zwyczajne zdarzenie i witałam się z Wiatrem. Trwało to kilka minut, tak jak się zaczęło, tak nieoczekiwanie i szybko ustało. Innym razem znowu nas odwiedził, tym razem byliśmy z Wiktorem na zewnątrz, oboje widzieliśmy i słyszeliśmy dokładnie moment w którym się pojawił, szarpiąc zapamiętale drzewa, jak i chwilę kiedy się oddalił. Wyglądało to trochę przerażająco, w oddali drzewa stoją spokojnie, a tu blisko są szarpane z dużą siłą we wszystkie strony!
Ja już spokojniej, ale z respektem patrzyłam na zjawisko mówiąc: "to Wiatr nas odwiedził".

Któregoś kolejnego dnia, cała rodziną porządkowaliśmy teren, została tylko sterta świerkowych gałęzi do spalenia, jeszcze z zeszłego roku naskładana przy przymusowej "redukcji" lasu. Wiktor wykonywał masaż,  ja zajęta gotowaniem poprosiłam syna, o to by się tym zajął. Kacper wziął zapałki i poszedł.  Za kilka chwil usłyszałam Wiatr.... byłam przerażona, miałam nadzieję, że nie zdążył rozpalić ... Niestety... kiedy dobiegłam na miejsce podmuchy dziko szarpały drzewa i płomienie. W kilka chwil ognisko stało się ogromną pochodnią, i choć palone było w oddaleniu od drzew - teraz osmalało pobliskie świerki! Wiedziałam całą sobą , że absolutnie nic nie można zrobić.  Stałam jak wryta mimo pieczenia skóry na twarzy od gorących podmuchów i patrzyłam w Ogień. Lęk odpłyną, choć widziałam opalane gałęzie czeremch i świerków,  patrzyłam całkowicie skoncentrowana na płomieniach i w  jakiś sposób się modliłam. Nagle poczułam gorąc w kieszeni - to mnie wyrwało z transu, jedna duża iskra wskoczyła mi do kieszeni i lekko poparzyła, przepalając materiał. Wiatr oddalił  się tak samo szybko jak się pojawił. Staliśmy wyczerpani tą chwilą stresu nad zgliszczami tak szybko spalonych gałęzi i wtedy Kacper znalazł trzy nadpalone pisklęta....
Nikt z nas nie zauważył, że w stercie gałęzi było gniazdo.
Siadłam przybita śmiercią, chciałam zebrać myśli, gdy zadzwonił telefon... znajoma powiedziała mi, że właśnie odwieźli z mężem jej ojca do szpitala.... Tej samej nocy jej tato zmarł. 

Nie podejrzewam, ze cale to zdarzenie było po to, bym mogła jej powiedzieć, żeby się pożegnała z rodzicem. Czuję natomiast, ze była to swego rodzaju ofiara, nie wiem komu potrzebna i po co, ale las mimo ogromnego zagrożenia ocalał, ogień jakimś cudem nie rozprzestrzenił się po okolicy. Do tej pory widać na kilku drzewach ślady brązowych przypaleń.
A Wiatr się więcej nie pojawił.

Poczułam wtedy, że biadolenie "dlaczego nie sprawdziłam tych gałęzi", nie ma sensu. Życia nie przywrócę w ten sposób, jedyne co mogłam zrobić, to USZANOWAĆ ich śmierć.
 Jest to dla mnie proces żałobienia. Co jakiś czas spotykamy się z "małą śmiercią", czy to koniec przyjaźni, czy dokończenie projektu, rozstanie kochanków, czy martwe pisklęta.  Uszanowanie "małej śmierci" pozwala wchodzić, zanurzać się i wychodzić łagodnie z procesu żałoby. Daje nam jakąś świadomość - obecności śmierci, przyjaciółki życia.

Z podwędzonych kwiatów czeremchy zrobiłam wtedy magiczny olejek do masażu, który miał działanie ochronne i pachniał niesamowicie. 

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Zbieranie mocy c.d.

W noc poprzedzającą wyjście do lasu na Vision Quest,  poprosiłam o sen, uprzednio się okadzając dymem z białej szałwii.

"...jest ciemno, biegnę pełnym pędem z moją mamą i siostrą, trzymamy się wszystkie za ręce, nagle jakaś siła  wyrywa mnie do przodu i jednocześnie wciąga do siebie. lecę wysoko z ogromną prędkością  na plecach wierzgając nogami, nie mogę się obrócić, żeby coś zobaczyć i ląduję zaskakująco miękko w dziwnej jaskini, czuję jakieś sakrum, i moc w mroku.  przykucam przy ścianie, mogę tylko obserwować, jak między kamiennymi, porowatymi słupami walczą dwa ogromne węże, jeden jest czerwony, drugi błękitny. nie widzę razów, czy spektakularnych ukąszeń, to raczej przypomina taniec i nagle wiem, że wygrał ten niebieski... "

Po obudzeniu podziękowałam za sen, nie mogłam długo się nad nim zastanawiać, bo już wir przygotowań porwał wszystkie myśli.

Nawet wtedy, kiedy Sergiej dawał nam ostatnie instrukcje, mówił o przygotowaniu dwóch pomocników - węży, nie zwróciłam uwagi na zbieżność. Dopiero w lesie na miejscu, kiedy moją pierwszą czynnością po rozpaleniu Ognia, było wyrzeźbienie na specjalnie wybranych kijach głów i ogonów tak, żeby przypominały węże zatrzymałam się osłupiała. Węże leżały z dwóch stron "teki" - miejsca dla Dziadka Ognia, służyły nam do poprawiania "poduszki" dla Ognia, i generalnie do dbania o to by płonął. W skrajnym przypadku miały być ratownikami, gdyby okazało się, że nazbierałam drewna za mało, lub gdybym przysnęła i po obudzeniu zastała sam żar, to one miały przywołać uśpiony Ogień, zanim sięgnę po przygotowane w oddaleniu gałązki.

Świerki oświetlane przez ciepłe światło płomieni, zdawały się większe i tworzyły jakby energetyczne schronienie. Czułam się od razu jak w innym wymiarze, z entuzjazmem i radością mówiłam do Ognia, zapadałam się w siebie, obrazy z przeszłości najpierw pokazywały się gdzieś we mnie, abym mogła o nich opowiedzieć. Zdarzenia nie przychodziły chronologicznie, ale wracały imiona koleżanek z przedszkola, pań wychowawczyń, kucharek czy sąsiadek!! O których kompletnie na co dzień nie pamiętałam! Każde zdarzenie, które niejako przychodziło, czułam i widziałam z zaskakującą precyzją. Większość dotykała wczesnego dzieciństwa, relacji w przedszkolu i szkole, a najdziwniejsze jest to, że mówiąc - widziałam wszystko z zupełni innej strony niż do tej pory... Wspomnienia wychodziły z zakamarków i pokazywały mnie, nie tak krystaliczną, jaką się widziałam, jaką myślałam, że dobrze pamiętam. Było to kompletnie zaskakujące, tak jakbym otworzyła jakiś kanał z filmami, o których istnieniu nie wiedziałam! Zaczął we mnie w środku dudnić głos potępiający... "...tak taką się próbowałaś wykreować, a prawda jest taka, że już w szkole ktoś płakał przez ciebie..." poczułam to, te wszystkie myśli wręcz fizycznie, osłabiająco - ale podłożyć trzeba przecież, wstać po kolejną porcję patyków... nie było ucieczki, głos się nasila i obrazy przychodzą kolejne. Oczy zmrużone, ciało w ciemności jak w bezwładnym transie, podkładałam załamana tym, co odkrywałam z każdą chwilą na swój temat, aż zdałam sobie sprawę, że milczę! Że w tym krytycznym momencie, kiedy siebie linczuję, nie mówię tego do Ognia! To było jak wybawienie, jak przerwanie tamy. Tak, wyznałam, że zupełnie inaczej pamiętałam moją przyjaźń ze szkoły, że nie było tak. Mówiłam i mówiłam, nie było mi od tego jakoś lżej, ale opowieść stawała się coraz wyraźniejsza, łapałam w tym tę cześć siebie, którą niekoniecznie chciałam widzieć, a ona była, właśnie wypłynęła i nie było wyjścia, musiałam ją nazywać. Jakiś przedziwny strumień prowadził mnie, nie byłam w stanie wymyślić sobie, co pragnę zobaczyć, albo jak od tego uciec, bo to się działo samo. Ogłuszające, krytykujące ego milkło, kiedy mówiłam do Dziadka Ognia, a on słuchał, niezmienny, ciepły przyjmujący wszystko... Nie zdawałam sobie kompletnie w tamtym stanie z tego sprawy, że oto właśnie dane mi było spojrzeć w moje "przydymione zwierciadło".....
 I jakoś to wytrzymałam...

Bolące plecy od siedzenia na lekko pochyłym terenie, przez całą noc i lekkie skurcze nóg, spowodowały, że nad ranem położyłam się przy tece i na leżąco już, zmęczona patrzyłam tylko w płomienie. W którymś momencie przez szarość, w której się znalazłam, dosięgnął mnie pierwszy promień słońca -  prosto w twarz. Pocałował mnie, dotknął, pobłogosławił. Nie miałam pojęcia jak przedarł się przez te wszystkie gałęzie, a gdy otarłam łzy, zobaczyłam że świeci na mnie przez pajęczynę, całą w kroplach rosy... nie miałam pojęcia że tu jest, na gałązce niedaleko i jak drżące diamenty odbija promienie...

Światło jest cały czas... tylko niewidzialna pajęczyna może nas od niego oddzielać...










sobota, 31 maja 2014

Zbieranie mocy

Pędzi wszystko, mam takie porównanie do wartkiej wody, albo płyniesz z nurtem, albo ze strachu zaczynasz się miotać i próbujesz łapać się trawy przy brzegu.
Można i tak, ale jak raz utkniesz to już ciężko wrócić do głównego nurtu.
Nasze ciała nie lubią tak naprawdę wygody, powtarzalności, czasem nawet podejrzewam, że podświadomie ściągamy do siebie utrudnienia, aby było ciekawie.

Taki strumień dla mnie nie ma nic wspólnego z rutyną dnia codziennego, bo TU może się zdarzyć absolutnie wszystko!! Wiem, że ta magiczna część w nas uwielbia to, bo czuje, że nic na świecie nie jest do końca wymierzalne i pewne. Ten dreszczyk przygody i wyostrzone zmysły....
Wyobraźcie sobie samotną noc w lesie... przy ogniu...

....
a było to tak, poznałam Sergieja w 2003 roku, kiedy to uczestniczyłam w rocznych warsztatach Vision Quest. Sergiej Roslovets od lat najpierw uczył się, potem współpracował z Victorem Sanchezem przy warsztatach i organizacji AVP, po polsku "Sztuka Świadomego Życia". Przeszedł szereg praktyk, indywidualnych szkoleń w Meksyku, Gwatemali u rdzennych mieszkańców i pod okiem Sancheza, aby stać się trenerem AVP.
Co miesiąc spotykaliśmy się w okolicach Warszawy w mieszkaniach któregoś z uczestników, albo w podwarszawskich lasach. Z każdym spotkaniem docieraliśmy do głębszych pokładów samych siebie i do mocniejszej, prawdziwszej relacji z "poderijos" czyli siłami świata. Jednym z nich jest Dziadek Ogień, forma "dziadek" oznacza w tym przypadku szacunek, ponieważ traktujemy Ogień jako magiczną całość - jego widzialną i niewidzialną część. Do dziś dnia ogień jest obecny przy wszystkich świętych obrzędach, w każdej z kultur, a od niepamiętnych czasów modlono się do niego, aby pośredniczył między ludźmi na Ziemi, a Wielkim Duchem (różnorodnie Go nazywając).
Ceremonie Ognia u Majów i szamanów syberyjskich mają w swojej strukturze bardzo podobny przebieg, poprzez kontakt z Duchami Ognia modlitwa rozprzestrzenia się i nabiera mocy. Podejrzewam, że to się nie zmieniło od wieków.
Końcowym etapem naszych rocznych warsztatów były trzy dni i noce w lesie przy Dziadku Ogniu. To dlatego na każdym z wcześniejszych spotkań rozmawialiśmy w szczególny sposób z Ogniem, czując jak ten kontakt otwiera w nas pokłady rozumienia "nienazwanego".

Pamiętam jak na jednym z naszych nocnych spotkań, kiedy Ogień płonął do świtu, a my uderzaliśmy w bęben, każdy po kolei, nie robiąc żadnych przerw w dźwięku i rytmie. Było kilka rund, kiedy sprytnie musieliśmy sobie podawać instrument. Niektórzy przysypiali, inni mieli wizje patrząc w płomienie, a ja kiedy nie grałam, wsłuchiwałam się w echo odbijanego przez las dźwięku. To było zachwycające, każdy otrzymywał od lasu w odbiciu inna pieśń! Raz słyszałam indiańskie śpiewy, raz pomruki zwierząt, a raz disco! Doczekaliśmy tak do świtu, pierwsze promienie słońca przywitaliśmy na otwartym polu obserwując z niezwykłym poczuciem jedności, wschód Słońca.

Oprócz cyklicznych spotkań otrzymywaliśmy także "zadania domowe". Jednym z nich było spędzenie sylwestra w lesie, przy czym przygotowania do tego były szczegółowo określone, od niezbędnego ekwipunku, przygotowania miejsca, rozpalenia w specjalny sposób Dziadka Ognia, aż po  np. śpiewanie do Dziadka Ognia tego wszystkiego, co wydarzyło się w mijającym roku. Nie pojechałam na tę okazję do Warszawy, spędziłam noc w lesie Trzech Źródeł ze znajomymi, którzy dołączyli się do moich praktyk. Każde z zadań okazało się dla mnie i moich znajomych, pokonaniem własnych ograniczeń.   Śpiewanie o osobistych doświadczeniach, stojąc twarzą do Ognia było indywidualne dla każdego z nas i pełne mocy, nie miało nic wspólnego z wygłupami czy zabawą. Czułam się wspaniale nad ranem po wykonaniu wszystkich zadań,  przysypiając przy Ogniu w zaspach śniegu, tak jest to możliwe:)
 Wszelkie zadania były tak przemyślane, aby wyrwać nas z kleszczy rutyny, abyśmy zobaczyli poprzez "niedziałania" jak ogromny potencjał w nas drzemie, właśnie w taki sposób zbieramy moc.
"Niedziałania", czyli zespoły zachowań odbiegające od norm osobistych, czy społecznych pokazują jak mocno ego próbuje nas ukorzenić w systemie. Wszelkie niedziałania wymyślaliśmy w miarę upływu czasu i poznawania swoich ograniczeń. Grupowym niedziałaniem było między innymi  spotkanie na warszawskim rynku na deserze w strojach kąpielowych. Był słoneczny dzień, my w ogródku porozbierani pijący kawę z tą mieszanką adrenaliny i koncentracji. Była też impreza, na którą zaprosiliśmy gości niewtajemniczonych w nasze praktyki. Zbiorowym niedziałaniem było wystąpienie w wieczorowych, eleganckich strojach, jedzenie wszystkich potraw rękami, bez użycia sztućców poza tym każdy z nas miał zadania wymyślone przez grupę. Był występ tancerek dwie dziewczyny pokonywały w sobie niechęć do wystąpień publicznych, była próba milczenia przez dwie godziny dla innej rozmownej osoby, było wyzwanie: chwalenia się swoimi osiągnięciami z wszystkimi gośćmi imprezy dla skromnej, skrytej osoby, przy czym wszystko to miało charakter konkretnego wyzwania dla każdego z nas,  niż wesołej imprezy.

Cały rok byliśmy mniej lub bardziej skoncentrowani na tym innym, magicznym wymiarze nas samych. Dla mnie to był niesamowity rok wglądów na własny temat i coraz większej koncentracji. Bez trudu potrafiłam odciąć się i medytować w przedziale pełnym ludzi. Pojawiały się niesamowite i świadome sny.
Jesienią u nas pod lasem zebraliśmy się całą grupą  przed wyruszeniem w las, na ostateczne spotkanie.... Sergiej przyjechał wieczorem, spóźniony i debatowaliśmy o tym czy iść w nocy na uprzednio wybrane i przygotowane miejsca odosobnienia, czy czekać do rana. Tylko jedna osoba zdecydowała się poczekać, a my ruszyliśmy zaopatrzeni w wodę na trzy dni, zapałki, folię na wypadek deszczu, ciepłe ubrania i obowiązkowo notes, długopis.
Pamiętam tę chwilę, kiedy staliśmy w kręgu patrząc sobie w oczy tuż przed rozejściem się... piękny moment, bo chociaż szliśmy każdy osobno, to byliśmy w TYM razem.

Las nocą jest WIELKI... coś w nim się rozciąga, rozszerza pozwala doświadczyć ogromu, nieosiągalnego kiedy ogląda się go niedoskonałym wzrokiem za dnia. Wszystkie zmysły odbierają bodźce i dostrajają moje JA do magicznego otoczenia.
Miejsce miałam przygotowane w sąsiedztwie ogromnych Świerków, wcześniej oczyszczone z gałęzi, w odpowiedni sposób przygotowaną "tekę", czyli miejsce Ognia, oraz przywołanych strażników kierunków. Z modlitwą rozpaliłam Ogień i przywitałam jak ukochanego przyjaciela, towarzysza! Och jaka to była ulga kiedy się pojawił!!! Jaka radość!
W tradycji Tolteków Dziadek Ogień potrzebuje "poduszki", czyli grubego kawałka drewna na które opierane są "strzały", czyli cienkie gałęzie, skierowane w odpowiednim kierunku. Tym razem skierowane były na wschód - kierunek Wielkiego Ducha, oświecenia, Ognia i inspiracji duchowej.
Całą noc mówiłam do Ognia, bo tu również mieliśmy zadania do wykonania. On - milczący świadek, powiernik, przy którym ja wojowniczka pokazuję swoją prawdziwą twarz - odkrywam siebie. Wiedzieliśmy, że tu się nie kłamie, o nic nie prosi,  tu mamy BYĆ... i wytrzymać swój "obraz" jak w przydymionym zwierciadle z obsydianu teskatlipoka... Sergiej opowiedział nam legendę o wspaniałym królu - wojowniku, pięknym, potężnym pogromcy tolteckich miast - państw. Odnosił on zwycięstwo za zwycięstwem, w glorii i chwale, aż dotarł do miasta, gdzie przebywał potężny czarownik. Miasto nie maiło szans na obronę, a gdy wielki wojownik dotarł ze swoją armią pod bramy, zastał tam samotnie stojącego czarownika. Mędrzec dał wojownikowi propozycję, może zaoszczędzić sobie trudów walki i miasto samo mu się podda, ale pod jednym warunkiem. On - wielki przywódca, musi odważnie spojrzeć w "przydymione lustro z obsydianu" i oglądać bez trwogi wszystko to, co tam się pojawi. Jako, że wojownik był z niego dumny i nieustraszony zgodził się na tak łatwe zdobycie miasta. Poszedł więc za czarownikiem do jego komnat i stanął przed lustrem. W czarnej tafli pokazały się wszystkie jego lęki, niepewności, mała wiara i cały CIEŃ.... nieustraszony wojownik ujrzał to wszystko, co do tej pory przykrywał wszystkim swoimi zwycięstwami, odwrócił wzrok,  skurczył się w sobie i skulił przed lustrem w ten sposób został pokonany.

Również my mieliśmy "zobaczyć" siebie w "przydymionym zwierciadle" i wytrzymać, nie odwracając wzroku to wszystko, co się pokarze.

C.D.N










niedziela, 25 maja 2014

Zapiecek

No to mamy już trzy małe kocięta na zapiecku:)

Mama szara dzika kotka  boi się nas, ucieka jak się jej sporzy w oczy, prychała, straszyła ale miseczkę jedzenia zjadła, więc jest szansa, że zostanie.

Zadziwiająca jest macierzyńska moc. Dookoła niej dźwięki, piły motorowe, stukanie młotków, radio... a ona skulona karmi młode.

Betlejemka ma swoją unikalną energię i historię.
Na początku kiedy jeszcze tu nie mieszkaliśmy Wiktor przetransportował tu mały zielony domek. U sąsiada w stodole znalazł się mały stary piec kaflowy:) i było jak w domu. Na zewnątrz zmontowaliśmy palenisko na którym przygotowywaliśmy posiłki.
 


             Pierwsze warsztaty w 2003 roku. Za nami zielony domek.



Potem wyrównaliśmy kawałek przestrzeni z myślą o postawieniu samochodu w zacienionym miejscu. Wiktor wyrównał mały odcinek trzy na cztery metry, między drzewami, lekko oskrobując korzenie Jesionu i nocą totalnie osłupieni patrzyliśmy na światła z pod ziemi! Korzenie Jesionu, mokre, albo spróchniałe świecą fosforyzująco!!! Już wtedy czułam, że garażu tu raczej nie będzie:)
Powstała pierwsza konstrukcja, cztery belki nad nimi dach. Na dół nanieśliśmy siana, które wtedy Wiktor sam skosił prawdziwą wiejską kosą, pożyczoną od sąsiada.
Przyjechali znajomi z chłopakiem, który się nudził i z tych nudów zdecydował się nam pomóc. Wdrapał się pod dach i balansując na belkach malował bejcą dach od wewnętrznej strony, wtedy już mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu w Długopolu.
Wieczorem Paweł opowiedział nam, jak w trakcie malowania przyszły Sarny i zaczęły jeść siano kompletnie nie zdając sobie sprawy, że nad nimi jest człowiek. On coś do nich mówił, zatrzymywały się wtedy, nasłuchiwały i za chwilę jadły dalej, po czym położyły się do snu. Uciekły dopiero gdy skończył malowanie i zaczął schodzić na dół. Może my, a może ktoś ze znajomych powiedział "tam jak w betlejemce". Tak to się właśnie zaczęło.
Za jakiś czas doszły ściany stare okna ze szkoły w Długopolu, piec i stół.
Tak w betlejemce zaczęło się gotowanie. Potem spanie na górze, nad kuchnią.


                       Przy piecu w betlejemce


Następne zagnieździły się w betlejemce Popielice. Odchowało się tam kilka pokoleń. Spanie w ich towarzystwie było wyzwaniem, ponieważ one spały w dzień, a buszowały w nocy. Zdarzyło się nie raz, że któraś wylądowała na śpiworze i czmychała wystraszona, nie mniej niż przebudzony.
 Betlejemka z czasem rozrosła się o namiot jadalniany, aby przyjąć większą liczbę osób gdy pada deszcz, mimo tego, ze był z folii klimat miał w środku niesamowity, szczególne wieczorami przy świecach. Kilka sezonów przetrwał....  ucierpiał którejś zimy, śnieg którego nie zdążyliśmy zwalić, mocno się stopił, potem zamarzł i zawalił konstrukcję.



           Nocne gotowanie w betlejemce przy piecu, w tle namiot.



                                       Namiot jadalniany:) 


 Tego samego roku wiosną Wiktor ze znajomymi postawił nową, solidną drewnianą konstrukcję:) Klepisko zrobiło się samo, bo gliny ci u nas dostatek WSZĘDZIE.
Teraz z kolei jadalnia była większa i solidniejsza, niż kuchnia... I takim to sposobem już na ukończeniu jest nowa połączona betlejemka, w której na zapiecku siedzi już na dziko kocia rodzina:)



                    Miejsce to samo, ale jadalnia już drewniana.

O betlejemce jeszcze będzie. Bo to miejsce DUŻO zmieściło, ewoluowało i zmieniało się razem z nami.







piątek, 23 maja 2014

Niespodzianka

Myślenie symboliczne, czytanie znaków - czy raczej zauważanie głębszego znaczenia w pozornie zwyczajnych rzeczach - to dla wiedźm oczywistość:)
Znajomość symboliki dnia codziennego powoduje, że potrafię dostrzegać pewne sygnały, pewne ostrzeżenia. Cała sztuka w tym, aby umieć to przyjąć, aby wystraszony umysł nie przejął kontroli i ocenił że "na pewno mi się wydawało".

Pamiętam sytuacje spektakularne, jak wywalone śmieci obok przewróconego śmietnika na dworcu w Kłodzku, gdzie przyjechałam po moją znajomą. Podczas jej pobytu u nas doszło do mocnej wymiany zdań między nami "śmieci zostały wywalone na wierzch". Wiedziałam to już pierwszego dnia, ale miałam nadzieję, że może jakoś bokiem nas to ominie. Sytuacja choć nie była przyjemna, wyczyściła nas obie i relacja stała się głębsza i pełniejsza.

Pamiętam zdarzenia, które wcześniej zapowiedział nieżywy gołąb na ulicy - koniec pokoju... Nie było mi wygodnie i bezpiecznie, każde z nich to mała wojna.

Przetrwałam też okres w moim życiu naprawdę kiepski, kiedy wszystko szło nie tak, no i odeszła moja babcia, zginął znajomy i nie mogłam wrócić "do siebie" - tak w środku. Pewnego letniego dnia poszłam do pani weterynarz, umówić się na operację mojej ukochanej suki...
Była taka chwila - moment przepowiedni, kiedy pani doktor zapisywała leki na recepcie, cisza w gabinecie, te wszystkie zapachy leków i uliczny gwar z za okna. Stałam tam zapatrzona w pajęczynę utkaną po zewnętrznej stronie okna. W sieciach gwałtownie szarpał się motyl... Wiedziałam wewnętrznym zmysłem, że jeśli się nie wykaraska, będzie ze mną źle. Skupiłam całą uwagę na tym spektaklu - chwila trwała wieki, już słyszałam przybijanie pieczątek na receptach, a on się dalej rozpaczliwie szarpał, mówiłam w duchu "tylko się nie poddawaj"... Bałam się, że nie zdążę zobaczyć tego do końca, a byłam zbyt mocno poruszona, żeby tłumaczyć co się dzieje, i że dlaczego muszę tu jeszcze chwilę zostać...  gdy tryumfalnie odleciał! Może pani doktor była zdziwiona, widząc moje wilgotne oczy, gdy wychodziłam ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem,  ale wychodziłam silniejsza,  pewna, że się wyrwę z tej matni.

Wszystkie znaki są oczywiste, to wszechświat pokazuje dokładnie to, co mamy zobaczyć, pokazuje to co w nas...

Dziś w parne popołudnie na tuż przed burzą, poszłam do "betlejemki", letniej kuchni z jadalnią  w Trzech Źródłach, doglądam tam i fotografuję przebieg prac remontowych. Rozkoszując się zapachami lasu,  drewna  zatrzymałam się na chwilę i usłyszałam cichy pisk, jak nawoływanie. Zaczęłam odpowiadać i podążać za głosem, który poprowadził mnie do naszego wielkiego, kuchennego pieca. Myśli szalały, czy to ktoś robi głupi kawał i kota zamkną w piekarniku? Ale głos wydobywał się z nad pieca. Wdrapałam się na górę i zobaczyłam czarny kawałek futerka. hmmmm popielice, poprzednie rezydentki, są szare, zazwyczaj swoje młode chowają w norkach w dachu, są aktywne w nocy i przede wszystkim mają młode znacznie później. Może to kuna? zapodziało się młode i nie może wyjść... włożyłam rękę w dość wąską przestrzeń między piecem, a kominem  - tuż pod sufitem i natrafiłam na ciepłe futerko... wyciągnęłam małe ślepe jeszcze kociątko....
Oszołomiona usiadłam na krześle z kociakiem na kolanach, no bo jak to możliwe? Nie mamy kotki, mamy dwa kocury. Tu nie przychodzą inne koty - przynajmniej nie widziałam żadnego oprócz naszych. Kotka widocznie dzika, znalazła bezpieczne miejsce dla siebie ale w takim razie dlaczego jedno kociątko??? U kotów to nie jest naturalne. I co robić...
Postanowiłam odłożyć go na miejsce. jest pulchny, znaczy mama przychodzi i karmi, poza tym po co stresować kotkę, zabierając młode. Kiedyś już znalazłam takiego kota, dawno temu, bez mamy i próba odchowania go na zakraplaczu nie powiodła się. Wyścieliłam więc wygodnym, grubszym materiałem kamienny zakamarek i położyłam malucha.

Piec i kot - to w symbolice dnia codziennego ciepło domowe i rodzina... podwójny zaskakujący mnie znak... czuję, że dzieje się DOBRZE, i że nie muszę za wszelką cenę ratować i ingerować.
No i mam nadzieję, że maluch zostanie z nami.

Więcej słów już nie trzeba - żeby nie zapeszyć. Zrozumienie krąży wokół mnie, jeszcze nie nazwane...