Przed nami warsztaty "Dziewica, Matka, Starucha - Kobieta na Drodze Życia" uczestniczki już w drodze, a my od kilku dni, ugładzamy po zimowe wykroty, przepalamy w piecach i kadzimy w pomieszczeniach.
Za chwilę zaćmienie słońca, księżyc w nowiu i wieczorem równonoc wiosenna. Każdemu chyba przemknie przez myśl, że nazbierało się u progu wiosny dużo energii. Kobiece siły: księżyc w nowiu i Ziemia, delikatnie pisząc - "zapraszają" do skupienia się, zanurzenia głęboko (nów) w medytację, modlitwę (w rybach). Zasłonięte będzie słońce - czyli energia działania, męska, jasna, taka którą widać, która jest oczywista. Czytam przekaz: " zatrzymaj się, zanurkuj w siebie, w swoją kobiecą przestrzeń, połącz się z Ziemią, z emocjami, poczuj, posłuchaj..."
Wszelkie mroczne, pierwotne kobiece siły, można w tym czasie poczuć, uszanować, okazać im wdzięczność i na koniec poprosić, wymodlić NOWE, to coś, co ma przyjść później, narodzić się z połączenia z męską, słoneczną energią. Świat się zmienia, powoli ale nieustannie, do głosu będą dochodziły energie kobiet, co już ma miejsce, to co kobiece do tej pory było zepchnięte na plan dalszy. Energia żeńska symbolizująca kreację, rodzenie nowych idei, opiekę, naukę młodych pokoleń, troskę o innych, dbałość o przyrodę dla tych, co przyjdą po nas, wszystkie razem będą po kropli drążyć skałę. Mam głęboką nadzieję, że jak kiełkujące rośliny, które swoją niezmąconą siłą przebijają asfalt pnąc się do słońca, tak te głosy i prawa pojawią się na Ziemi. Pokój i miłość, troska i siła w delikatności, nie rywalizacja, agresja i walka.
W równonoc pożegnamy stare, to co nam już nie służy, to co zatrzymywało, nie pozwalało realizować pełni potencjału. Spalimy to symbolicznie w ognisku (w domu można napisać na kartce i spalić). Zauważam znaki, nie ma przypadków mężczyźni ubierają spódnice na znak protestu, przeciw gwałtom, mówi się coraz głośniej o prawach kobiet, a dzisiejszy dzień, niezwykle mocny i magiczny zwiastuje przemiany.... Przemiany do których ludzie świadomi dążą w swoich staraniach, a Majowie modlą się od wieków.
Mamy to szczęście i błogosławieństwa od Przodków, że żyjemy kreując swoją codzienność, tak jak to sobie wymarzyliśmy. Zamieszczam tu wspomnienia z naszej "drogi", nasze wyzwania, doświadczenia szamańskie, rytuały magiczne, opisuję też chwile w których przybliżam się do własnej prawdy.
O mnie
- TRZY ŹRÓDŁA
- Trzy Źródła to magiczna przestrzeń w Kotlinie Kłodzkiej otoczona gęstwiną lasów, naturalnych łąk i majestatycznymi górami. Mieszkamy tu całą rodziną w tym dwie bernardynki i dwa koty. Łączność z Naturą daje nam poczucie ukorzenienia i głębokiego szacunku do wszystkiego co żyje na Matce Ziemi. Od wielu lat zapraszamy gości na warsztaty najczęściej szamańskie, z prowadzącymi z kraju i ze świata, oraz pobyty indywidualne, na których można doświadczyć spotkań przy ogniu, kąpieli w górskim strumieniu i sąsiedztwa dzikich stworzeń. www.trzyzrodla.pl
piątek, 20 marca 2015
piątek, 13 marca 2015
O "dziwności" w piątek 13
No to "pojechałam" wczoraj:)
Siedziałam natchniona, jedną nogą w innym wymiarze, docierały do mnie obrazy, wizje i wspomnienia. Pisałam śniąc na jawie i okazuje się, że "mało zrozumiałe"....
To już od dzieciństwa miałam, że jak pozwalałam sobie zaufać i zaczynałam mówić taka natchniona (a mam tak, że czasem jednocześnie pokazują mi się obrazy w dość szybkim tempie) to kompletnie nikt mnie nie rozumiał. Wtedy słyszałam: "ale ty jesteś dziwna", wzdychałam tylko i wydawało mi się, że na próżno, że i tak nie uda mi się przekazać, przetłumaczyć.
Ania potrafiła mnie zatrzymać, często przerywała mój słowotok (obrazotok też:) i dopytywała. Robiła to tak skutecznie, że nauczyłam się zwalniać i używać większej ilości słów;) żeby wizja, odczucie, które mam było czytelne.
Wczoraj jednak, jak za dawnych czasów - popłynęłam. Byłam drugi dzień na głodówce, to może wiele tłumaczyć. Sercem trzeba czytać o kobietach:) tylko tak będzie to zrozumiałe.
Dziś wybrałyśmy się we trzy kobiety do sauny parowej w Międzygórzu. Tak, trzy kobiety w piątek 13 i żadna z nas wcześniej tego faktu nie zauważyła. W mglisty, zimny poranek z pełną torbą specyfików:) stawiłam się na miejscu, a miejsce pachnące, ciepłe i na trzy godziny tylko do naszej dyspozycji. Kiedy kobiety są razem i szanują swoją inność, wydarzają się piękne rzeczy. Oprócz totalnego relaksu, ciekawych rozmów i zwierzeń, były masaże, pilingi, odżywki domowej roboty. Tu snujemy plany i wpadamy na kolejne ciekawe pomysły, nie zdradzę jakie, żeby energia pod pokrywką rosła i pęczniała potrzebna do realizacji, do efektów.
Tematy "o wszystkim" od porodów, dzieci, mężów po ustawy rządowe, projekty unijne i menu na obiad. Miejsce do spotkania może być każde, to jak symboliczny "czerwony namiot", byleby się znalazły chętne do BYCIA razem. Przy czym bycie razem rozumiem jako czasoprzestrzeń naturalną, bez niepotrzebnego dęcia w fanfary i darcia szat. O trudnych sprawach można mówić też w saunie, tak po prostu. Najważniejszy jest klimat, w którym każda, nawet ta "dziwna" odnajdzie kawałek dla siebie i zostanie uszanowana, taka jaka jest.
Z takich spotkań wychodzimy nakarmione duchowo i zainspirowane, bo jak kobiety w kotle mieszają:) to z tego zawsze coś się urodzi, bo to przecie 13 i piątek i trzy niewiasty i trzy godziny....
Skojarzyłam sobie przez ten magiczny ciąg, "Trzy Wiedźmy" i smutną wiadomość, która wczoraj obiegła świat. Terry Pratchett nie żyje. Ulubiony autor, genialnie piszący o kobietach - wiedźmach. Odszedł mężczyzna czarujący, o niesamowitym umyśle i sercu. Jestem wdzięczna za "Kapelusz Pełen Nieba" i całą serię o "Trzech Wiedźmach".
Tak się to jakoś plecie i miesza, życie i śmierć i trzy wiedźmy, czyli kobiety które wiedzą, w piątek trzynastego.
Siedziałam natchniona, jedną nogą w innym wymiarze, docierały do mnie obrazy, wizje i wspomnienia. Pisałam śniąc na jawie i okazuje się, że "mało zrozumiałe"....
To już od dzieciństwa miałam, że jak pozwalałam sobie zaufać i zaczynałam mówić taka natchniona (a mam tak, że czasem jednocześnie pokazują mi się obrazy w dość szybkim tempie) to kompletnie nikt mnie nie rozumiał. Wtedy słyszałam: "ale ty jesteś dziwna", wzdychałam tylko i wydawało mi się, że na próżno, że i tak nie uda mi się przekazać, przetłumaczyć.
Ania potrafiła mnie zatrzymać, często przerywała mój słowotok (obrazotok też:) i dopytywała. Robiła to tak skutecznie, że nauczyłam się zwalniać i używać większej ilości słów;) żeby wizja, odczucie, które mam było czytelne.
Wczoraj jednak, jak za dawnych czasów - popłynęłam. Byłam drugi dzień na głodówce, to może wiele tłumaczyć. Sercem trzeba czytać o kobietach:) tylko tak będzie to zrozumiałe.
Dziś wybrałyśmy się we trzy kobiety do sauny parowej w Międzygórzu. Tak, trzy kobiety w piątek 13 i żadna z nas wcześniej tego faktu nie zauważyła. W mglisty, zimny poranek z pełną torbą specyfików:) stawiłam się na miejscu, a miejsce pachnące, ciepłe i na trzy godziny tylko do naszej dyspozycji. Kiedy kobiety są razem i szanują swoją inność, wydarzają się piękne rzeczy. Oprócz totalnego relaksu, ciekawych rozmów i zwierzeń, były masaże, pilingi, odżywki domowej roboty. Tu snujemy plany i wpadamy na kolejne ciekawe pomysły, nie zdradzę jakie, żeby energia pod pokrywką rosła i pęczniała potrzebna do realizacji, do efektów.
Tematy "o wszystkim" od porodów, dzieci, mężów po ustawy rządowe, projekty unijne i menu na obiad. Miejsce do spotkania może być każde, to jak symboliczny "czerwony namiot", byleby się znalazły chętne do BYCIA razem. Przy czym bycie razem rozumiem jako czasoprzestrzeń naturalną, bez niepotrzebnego dęcia w fanfary i darcia szat. O trudnych sprawach można mówić też w saunie, tak po prostu. Najważniejszy jest klimat, w którym każda, nawet ta "dziwna" odnajdzie kawałek dla siebie i zostanie uszanowana, taka jaka jest.
Z takich spotkań wychodzimy nakarmione duchowo i zainspirowane, bo jak kobiety w kotle mieszają:) to z tego zawsze coś się urodzi, bo to przecie 13 i piątek i trzy niewiasty i trzy godziny....
Skojarzyłam sobie przez ten magiczny ciąg, "Trzy Wiedźmy" i smutną wiadomość, która wczoraj obiegła świat. Terry Pratchett nie żyje. Ulubiony autor, genialnie piszący o kobietach - wiedźmach. Odszedł mężczyzna czarujący, o niesamowitym umyśle i sercu. Jestem wdzięczna za "Kapelusz Pełen Nieba" i całą serię o "Trzech Wiedźmach".
Tak się to jakoś plecie i miesza, życie i śmierć i trzy wiedźmy, czyli kobiety które wiedzą, w piątek trzynastego.
czwartek, 12 marca 2015
Być kobietą
"... jeśli kobieta robi coś próżnego, nikt jej za to nie gani; jeśli robi coś szkodliwego, niektórzy próbują ją powstrzymać; jeśli zaś chce naśladować boginię i zachęcać do tego inne kobiety, wszyscy mający władzę oskarżą ją o nadużycia. Poznawanie prawdy jest więc bardziej niebezpieczne niż wejście z zapalona pochodnią do składu amunicji."
Tsiang Samdup "The Book of Sayings"
Co to znaczy dla każdej z nas?
Dla mnie, poszukiwanie własnej kobiecej spójności - świętego centrum trwało długo. Proces od zapomnienia, przez etap mamy, wojowniczki do wrastania korzeniami. Teraz dla mnie sedno kobiecości, to być w zgodzie, takiej głębokiej zgodzie od głębi, od korzeni właśnie. To pozwalać na przepływ od Przodkiń, nie oceniać siebie, bo wszystko co manifestuje się we mnie pochodzi z daleka i potrzebuje uszanowania. To być kochającą i łagodną jak czerwcowa łąka, ale też grzmieć głośno, całą sobą, gdy dzieje się niesprawiedliwość, albo gdy tylko taką czuję potrzebę, bo jak pogoda kobieta zmienną jest, ponieważ CZUJE, czuje że z jakiegoś powodu czas eksplodować wulkanem, czy zawirować tornadem. To wszystko jest w nas - niezmierzone bogactwo od Przodkiń - od samej Matki Ziemi. Pierwotne siły twórcze, rodzące, podtrzymujące życie.
Często kiedy prowadzę wizualizację i zabieram towarzyszki w podróż w głąb Matki Ziemi, przeżywam razem z nimi energię każdego ziarenka na naszej planecie, w którym drzemie obietnica życia, w każdym drżącym listku, kropelce rosy, czuję jak miłością Ona stwarza ten ogrom, jak z uczucia wykreowane wszystko rośnie, rozwija się, doświadcza.
Taka też jest kobieta, kiedy się zatrzyma, pozwoli sobie na wsłuchanie się w swoją głębię. Te same siły mamy w sobie. Z uczucia zrodzone marzenia, plany, nasze kreacje z ciemnej, ciepłej pustki płyną w bezczasie i docierają w potężnej spirali w materialny świat - tu często wpadają w chaos myśli, oczekiwań, chceń i obaw, czasem się zagubią, zawirują, ale kiedy tylko miłością sobie o nich przypomnimy, płyną spokojnie do kanału porodowego:)
"Jest takie prawo, że wszystko musi narodzić się z kobiety, nawet rzeczy wymyślone przez mężczyzn" Szamanka Agnes Whistling Elk
Czas byśmy sobie przypomniały o naszych mocach. Nadchodzi czas kobiet, nie walki o prawa, a raczej przypomnienia sobie o naszej sile, wytrwałości i potędze MIŁOŚCI, którą tworzymy świat, wtedy w NATURALNY sposób zaczniemy wracać do równowagi. Przyroda, potężne siły Matki Ziemi nie odpoczywają, cały czas tkają, rodzą, łatają dziury, kreują życie. My nigdy nie byłyśmy oddzielone tylko nie zdawałyśmy sobie z tego sprawy, dlatego przeżywamy fizycznie zmiany pogody, pełnie księżyca i wybuchy wulkanów.
Ze wszystkich stron docierają do mnie głosy, często męskie głosy, o potrzebie przebudzenia kobiet, by przypomniały sobie o swojej boskości, o potędze kochającego serca, by wskazywały drogę innym.
Z tej potrzeby zrodziły się warsztaty "Dziewica, Matka, Starucha - Kobieta na Drodze Życia", które odbędą się w Trzech Źródłach w równonoc wiosenną (http://www.trzyzrodla.pl/warsztat/3).
Znalazłam dziś zdjęcie, z przed lat, robione przez fotografa do Zwierciadła, w którym opisywana była historia naszej z Anią Kot przyjaźni. Zdjęcie nie trafiło do gazety, ale dla nas jest niezwykłe, wyszło "niechcący", "przypadkiem", a dla mnie oddaje kobiecą siłę i magię.
Pamiętam tyle pięknych, pełnych mocy ognisk, tańców z kobietami! Czułyśmy niezwykłą siłę, wirując wokół ognia, siłę która leczy rany i otwiera bramy zamkniętych serc. Również podczas ceremonii szałasu potów, kiedy siedziałyśmy prawdziwe w kręgu śpiewając czy opowiadając o swoich Przodkiniach.
Kobiety potrzebują być razem, tworzyć, ale też po prostu być. Rozmawiać, o rzeczach ważnych i tych mniej, o smutnych i radosnych, śmiać się razem, gotować i tańczyć.
księżyca i gwiazdy
przez całą noc
Jack Crimmins
"Jaguar Woman"
Tsiang Samdup "The Book of Sayings"
Co to znaczy dla każdej z nas?
Dla mnie, poszukiwanie własnej kobiecej spójności - świętego centrum trwało długo. Proces od zapomnienia, przez etap mamy, wojowniczki do wrastania korzeniami. Teraz dla mnie sedno kobiecości, to być w zgodzie, takiej głębokiej zgodzie od głębi, od korzeni właśnie. To pozwalać na przepływ od Przodkiń, nie oceniać siebie, bo wszystko co manifestuje się we mnie pochodzi z daleka i potrzebuje uszanowania. To być kochającą i łagodną jak czerwcowa łąka, ale też grzmieć głośno, całą sobą, gdy dzieje się niesprawiedliwość, albo gdy tylko taką czuję potrzebę, bo jak pogoda kobieta zmienną jest, ponieważ CZUJE, czuje że z jakiegoś powodu czas eksplodować wulkanem, czy zawirować tornadem. To wszystko jest w nas - niezmierzone bogactwo od Przodkiń - od samej Matki Ziemi. Pierwotne siły twórcze, rodzące, podtrzymujące życie.
Często kiedy prowadzę wizualizację i zabieram towarzyszki w podróż w głąb Matki Ziemi, przeżywam razem z nimi energię każdego ziarenka na naszej planecie, w którym drzemie obietnica życia, w każdym drżącym listku, kropelce rosy, czuję jak miłością Ona stwarza ten ogrom, jak z uczucia wykreowane wszystko rośnie, rozwija się, doświadcza.
Taka też jest kobieta, kiedy się zatrzyma, pozwoli sobie na wsłuchanie się w swoją głębię. Te same siły mamy w sobie. Z uczucia zrodzone marzenia, plany, nasze kreacje z ciemnej, ciepłej pustki płyną w bezczasie i docierają w potężnej spirali w materialny świat - tu często wpadają w chaos myśli, oczekiwań, chceń i obaw, czasem się zagubią, zawirują, ale kiedy tylko miłością sobie o nich przypomnimy, płyną spokojnie do kanału porodowego:)
"Jest takie prawo, że wszystko musi narodzić się z kobiety, nawet rzeczy wymyślone przez mężczyzn" Szamanka Agnes Whistling Elk
Czas byśmy sobie przypomniały o naszych mocach. Nadchodzi czas kobiet, nie walki o prawa, a raczej przypomnienia sobie o naszej sile, wytrwałości i potędze MIŁOŚCI, którą tworzymy świat, wtedy w NATURALNY sposób zaczniemy wracać do równowagi. Przyroda, potężne siły Matki Ziemi nie odpoczywają, cały czas tkają, rodzą, łatają dziury, kreują życie. My nigdy nie byłyśmy oddzielone tylko nie zdawałyśmy sobie z tego sprawy, dlatego przeżywamy fizycznie zmiany pogody, pełnie księżyca i wybuchy wulkanów.
Ze wszystkich stron docierają do mnie głosy, często męskie głosy, o potrzebie przebudzenia kobiet, by przypomniały sobie o swojej boskości, o potędze kochającego serca, by wskazywały drogę innym.
Z tej potrzeby zrodziły się warsztaty "Dziewica, Matka, Starucha - Kobieta na Drodze Życia", które odbędą się w Trzech Źródłach w równonoc wiosenną (http://www.trzyzrodla.pl/warsztat/3).
Znalazłam dziś zdjęcie, z przed lat, robione przez fotografa do Zwierciadła, w którym opisywana była historia naszej z Anią Kot przyjaźni. Zdjęcie nie trafiło do gazety, ale dla nas jest niezwykłe, wyszło "niechcący", "przypadkiem", a dla mnie oddaje kobiecą siłę i magię.
Pamiętam tyle pięknych, pełnych mocy ognisk, tańców z kobietami! Czułyśmy niezwykłą siłę, wirując wokół ognia, siłę która leczy rany i otwiera bramy zamkniętych serc. Również podczas ceremonii szałasu potów, kiedy siedziałyśmy prawdziwe w kręgu śpiewając czy opowiadając o swoich Przodkiniach.
Kobiety potrzebują być razem, tworzyć, ale też po prostu być. Rozmawiać, o rzeczach ważnych i tych mniej, o smutnych i radosnych, śmiać się razem, gotować i tańczyć.
Kobieta Jaguar mówi
jak ogień.
Z dymiącym okiem
i kąsającą dłonią: ONA
Podobna gwiazdom
czarne niebo z obsydianu
snopy światłaksiężyca i gwiazdy
przez całą noc
Jest siłą wegetacji roślin.
Jest wodospadem, jakiego nikt nie oglądał.
Jest miejscem wytchnienia słońca.
Rozciągnij wszechświat na wszystkie strony
i sprowadź ją do domu.
Jack Crimmins
"Jaguar Woman"
poniedziałek, 2 marca 2015
Cztery Wiatry i Duchy Stepu.
Słowa rodzą się we mnie we śnie:) Nie poradzę, tak mam, to jak przymus, który często ignoruję wpadając w całą "świętą codzienność" działania i zapominam o czym miałam pisać, co "przyszło".
Dziś jest inaczej:) to co przyszło rano, wraz z deszczem i wiatrem - raczej Wiatrem - przekładam tu od razu.
Dookoła domu w różnych miejscach wiszą u nas dzwonki, takie wiatrem poruszane. "Przypadkowo" wiszą tak, że rozpoznaję po dźwiękach, z której strony wieje wiatr. Dziś nie dzwonił żaden, tylko huczało zza góry - czyli południowy, od tego jednego zasłania nas góra.
Wiatry mają swoją moc, energię, rozpoznaję w nich męską polaryzację, tak jak w wodach i strumieniach kobiecą.
Dla mnie Wschodni jest jak młody chłopak, bezpośredni i szczery. Czasem dmuchnie tak, że zatyka, bywa silny, szybki i nieustępliwy. Południowy to dostojnik dojrzały, bez wysiłku duje, bywa ciepły i opiekuńczy, ale też gwałtowny i niszczycielski. Zachodni jest jak tancerz, flirtuje i uwodzi, czasem ciepły, delikatny ale bywa też "emocjonalny" - wyprowadzony z równowagi wyrywa drzewa z korzeniami, zawodzi i wyje nocami. Wreszcie Północny.... jest stary, biały i ślepy, ale widzi wszystko, przeszywa do głębi białych kości i przypomina o czymś smutnym i ciemnym.
Spotykałam się z żywiołami przez lata w różnych inicjacjach, tych planowanych i tych zupełnie spontanicznych. Szczególnie Wiatr mówił do mnie od zawsze, jeszcze w młodości.
Było to tak, siedziałam u znajomej na podwórku przy malowniczej leśniczówce i zrywałam kwiaty lipy z dużej gałęzi, którą uciął w tym celu mąż mojej znajomej. Szkoda mi było drzewa, dlatego skrupulatnie obrywałam pachnące kwiaty, aby ani jeden się nie zmarnował. Powietrze było ciężkie i duszne, zbierało się na burzę. Duchy wiatru (te czuję jako oddzielne byty związane często z miejscem), krążyły po całym podwórku. Psotnie plątały włosy, wydmuchiwały kwiaty z torby. Mówiłam na głos, aby przestały, albo: "tak, tak to było naprawdę zabawne...". Kiedy zaczęło padać przeniosłam się z gałęzią na werandę, przed wejściem do domu. Nie było tam drzwi, tylko wejście po trzech schodkach i w lewo od zamkniętych, starych drzwi, ciągnęła się przypominająca korytarz, przeszklona przestrzeń z ławką i stolikiem. Burza była przepiękna! Uwijałam się dalej podziwiając świat przez duże okna i powiedziało mi się na głos: "no i co? tutaj to mnie już na pewno nie znajdziecie!" - zwracając się do Duchów wiatru. Za kilka sekund, wejściowe drzwi do domu otworzyły się z hukiem przeciągu, a podmuch swoja siłą skręcił prosto na mnie i totalnie poczochrał mi włosy. Śmiałam się w głos i mówiłam w pokorze: "ok przegrałam..". Takie to spotkania nie były czymś zaskakującym. Jednak najbardziej niezwykłe przeżyłam w Mongolii podróżując po stepie.
Czułam cały czas obecność Duchów stepu, wiatru i innych.... Odwiedzaliśmy kurchany i miejsca święte, w których Duchy szepczą najmocniej. Czasem było to ogromne drzewo, czasem jedna skała wyrastająca na płaskim stepie, a czasem klasztory buddyjskie z niezwykłymi zakamarkami.
Na jednym z kurchanów.
OVO - miejsce modlitw o bezpieczeństwo w drodze.
Kolejne OVO
I kolejne święte miejsce, gdzie można modlić się o przychylność Duchów.
Jednak spotkanie z Duchami wiatru i stepu czekało mnie na pustyni Gobi w miejscu - muzeum miasta Czyngis-Chana. Miasto dawno już zostało doszczętnie zniszczone, stoją tu teraz głównie buddyjskie stupy i świątynie z posągami i zabytkami buddyjskimi.
Przed miastem Czyngis-Chana
Chodziłam wśród wielu pięknych, małych budynków, słuchałam przewodników, ale nie mogłam "znaleźć" tu tego, czego szukałam. Nie bardzo wiedziałam co to jest, jednak spodziewałam się czegoś innego, po tym jak dwa tygodnie wcześniej w muzeum w Ułan Bator widziałam makietę tego niezwykłego miasta. Czyngis-Chan stworzył potęgę otoczoną murem, oprócz domów, pałaców i jurt były wszystkie świątynie, czyli były meczety, świątynie buddyjskie i kościoły chrześcijańskie.
Oddzieliłam się od znajomych pogrążona w jakieś melancholii, starając się "poczuć" energię starych czasów. Widziałam, jak co jakiś czas reklamówki wirują wysoko na tle błękitnego nieba, pomyślałam, ale tu szaleją Duchy stepu i wiatru. W zadumie wyszłam z miasta drugą bramą na step, tu przyciągnął mnie - jeden z wielu spotykanych po drodze - stragan ze starociami.
Dokładnie ten, przy którym stało dwóch młodych chłopaków. Oglądałam figurki Buddy, noże i inne fantastyczne rzeczy, a chłopcy gorączkowo coś do mnie mówili. Nie zwracałam za bardzo uwagi, podejrzewając, że jest to próba naciągnięcia turystki na zakupy, poza tym nie rozumiałam mongolskiego. Kiedy krzyczeli już głośno, było za późno... Spiralna trąba powietrzna, mieszanina piachu i wiatru mierząca około 4 metry podeszła do mnie i dosłownie wzięła mnie w siebie. Piasek wciskał się do uszu, oczu, ust i nosa, włosy i spódnica pofrunęły w górę, mogłam tylko na oślep machać rękami. Właściwie nie mam pojęcia jak się wydostałam. Pierwsze co usłyszałam, kiedy Duchy puściły mnie z objęć to głośny śmiech sprzedawców staroci...
Zmykając, poprawiałam ubranie i włosy, właściwie do końca nie świadoma co się zadziało.
Dopiero kiedy wracaliśmy już ze stepu do Ułan Bator widziałam te istoty z okien naszego samochodu. Czułam się rozpoznana i jednocześnie odprowadzana w drodze do domu. Łzy spływały mi po policzkach, już tęskniłam i czułam, że też ICH znam.
Dokładnie taki wirujący KTOŚ, otoczył mnie w jakiś sposób przemienił, przypomniał i odprowadził do domu.
O Mongolii jeszcze będzie :)
Dziś jest inaczej:) to co przyszło rano, wraz z deszczem i wiatrem - raczej Wiatrem - przekładam tu od razu.
Dookoła domu w różnych miejscach wiszą u nas dzwonki, takie wiatrem poruszane. "Przypadkowo" wiszą tak, że rozpoznaję po dźwiękach, z której strony wieje wiatr. Dziś nie dzwonił żaden, tylko huczało zza góry - czyli południowy, od tego jednego zasłania nas góra.
Wiatry mają swoją moc, energię, rozpoznaję w nich męską polaryzację, tak jak w wodach i strumieniach kobiecą.
Dla mnie Wschodni jest jak młody chłopak, bezpośredni i szczery. Czasem dmuchnie tak, że zatyka, bywa silny, szybki i nieustępliwy. Południowy to dostojnik dojrzały, bez wysiłku duje, bywa ciepły i opiekuńczy, ale też gwałtowny i niszczycielski. Zachodni jest jak tancerz, flirtuje i uwodzi, czasem ciepły, delikatny ale bywa też "emocjonalny" - wyprowadzony z równowagi wyrywa drzewa z korzeniami, zawodzi i wyje nocami. Wreszcie Północny.... jest stary, biały i ślepy, ale widzi wszystko, przeszywa do głębi białych kości i przypomina o czymś smutnym i ciemnym.
Spotykałam się z żywiołami przez lata w różnych inicjacjach, tych planowanych i tych zupełnie spontanicznych. Szczególnie Wiatr mówił do mnie od zawsze, jeszcze w młodości.
Było to tak, siedziałam u znajomej na podwórku przy malowniczej leśniczówce i zrywałam kwiaty lipy z dużej gałęzi, którą uciął w tym celu mąż mojej znajomej. Szkoda mi było drzewa, dlatego skrupulatnie obrywałam pachnące kwiaty, aby ani jeden się nie zmarnował. Powietrze było ciężkie i duszne, zbierało się na burzę. Duchy wiatru (te czuję jako oddzielne byty związane często z miejscem), krążyły po całym podwórku. Psotnie plątały włosy, wydmuchiwały kwiaty z torby. Mówiłam na głos, aby przestały, albo: "tak, tak to było naprawdę zabawne...". Kiedy zaczęło padać przeniosłam się z gałęzią na werandę, przed wejściem do domu. Nie było tam drzwi, tylko wejście po trzech schodkach i w lewo od zamkniętych, starych drzwi, ciągnęła się przypominająca korytarz, przeszklona przestrzeń z ławką i stolikiem. Burza była przepiękna! Uwijałam się dalej podziwiając świat przez duże okna i powiedziało mi się na głos: "no i co? tutaj to mnie już na pewno nie znajdziecie!" - zwracając się do Duchów wiatru. Za kilka sekund, wejściowe drzwi do domu otworzyły się z hukiem przeciągu, a podmuch swoja siłą skręcił prosto na mnie i totalnie poczochrał mi włosy. Śmiałam się w głos i mówiłam w pokorze: "ok przegrałam..". Takie to spotkania nie były czymś zaskakującym. Jednak najbardziej niezwykłe przeżyłam w Mongolii podróżując po stepie.
Czułam cały czas obecność Duchów stepu, wiatru i innych.... Odwiedzaliśmy kurchany i miejsca święte, w których Duchy szepczą najmocniej. Czasem było to ogromne drzewo, czasem jedna skała wyrastająca na płaskim stepie, a czasem klasztory buddyjskie z niezwykłymi zakamarkami.
Na jednym z kurchanów.
OVO - miejsce modlitw o bezpieczeństwo w drodze.
Kolejne OVO
I kolejne święte miejsce, gdzie można modlić się o przychylność Duchów.
Jednak spotkanie z Duchami wiatru i stepu czekało mnie na pustyni Gobi w miejscu - muzeum miasta Czyngis-Chana. Miasto dawno już zostało doszczętnie zniszczone, stoją tu teraz głównie buddyjskie stupy i świątynie z posągami i zabytkami buddyjskimi.
Przed miastem Czyngis-Chana
Chodziłam wśród wielu pięknych, małych budynków, słuchałam przewodników, ale nie mogłam "znaleźć" tu tego, czego szukałam. Nie bardzo wiedziałam co to jest, jednak spodziewałam się czegoś innego, po tym jak dwa tygodnie wcześniej w muzeum w Ułan Bator widziałam makietę tego niezwykłego miasta. Czyngis-Chan stworzył potęgę otoczoną murem, oprócz domów, pałaców i jurt były wszystkie świątynie, czyli były meczety, świątynie buddyjskie i kościoły chrześcijańskie.
Oddzieliłam się od znajomych pogrążona w jakieś melancholii, starając się "poczuć" energię starych czasów. Widziałam, jak co jakiś czas reklamówki wirują wysoko na tle błękitnego nieba, pomyślałam, ale tu szaleją Duchy stepu i wiatru. W zadumie wyszłam z miasta drugą bramą na step, tu przyciągnął mnie - jeden z wielu spotykanych po drodze - stragan ze starociami.
Dokładnie ten, przy którym stało dwóch młodych chłopaków. Oglądałam figurki Buddy, noże i inne fantastyczne rzeczy, a chłopcy gorączkowo coś do mnie mówili. Nie zwracałam za bardzo uwagi, podejrzewając, że jest to próba naciągnięcia turystki na zakupy, poza tym nie rozumiałam mongolskiego. Kiedy krzyczeli już głośno, było za późno... Spiralna trąba powietrzna, mieszanina piachu i wiatru mierząca około 4 metry podeszła do mnie i dosłownie wzięła mnie w siebie. Piasek wciskał się do uszu, oczu, ust i nosa, włosy i spódnica pofrunęły w górę, mogłam tylko na oślep machać rękami. Właściwie nie mam pojęcia jak się wydostałam. Pierwsze co usłyszałam, kiedy Duchy puściły mnie z objęć to głośny śmiech sprzedawców staroci...
Zmykając, poprawiałam ubranie i włosy, właściwie do końca nie świadoma co się zadziało.
Dopiero kiedy wracaliśmy już ze stepu do Ułan Bator widziałam te istoty z okien naszego samochodu. Czułam się rozpoznana i jednocześnie odprowadzana w drodze do domu. Łzy spływały mi po policzkach, już tęskniłam i czułam, że też ICH znam.
Dokładnie taki wirujący KTOŚ, otoczył mnie w jakiś sposób przemienił, przypomniał i odprowadził do domu.
O Mongolii jeszcze będzie :)
sobota, 28 lutego 2015
Dary Lasu
W górach wiosna się nie spieszy, powoli trzeba ją tropić.
Oddzielać z pomiędzy szarobiałych plam śniegu. Dziś rano wytropiłam Śnieżyce i delikatne listki Czosnku Niedźwiedziego, a więc już jest blisko. Wawrzynek Wilczełyko puszcza pierwsze kwiaty, trawa która przetrwała pod śniegiem tak jak Kurdybanek - zielenieją na łąkach i obrzeżach lasu.
Tak sobie idę i tropię... widzę, że był tu rano jeleń, idziemy z suczkami po jego śladach odciśniętych w miękkim błotku. Mały postój nad strumieniem, one spacerują po wodzie, popijając, ja kucam szepcząc do Duchów Wody.
Kiedy ruszamy dalej, we trzy doznajemy miłego zaskoczenia, one podbiegają pierwsze, ale to ja zwyciężam małą potyczkę o trofeum - wśród liści i świeżo ruszonej ziemi leży jeleni róg!
TAK! To, to oznaczał sen, dziś śniłam o tym, że we trzy (ze znajomymi kobietami...) znalazłam w jakiejś opuszczonej piwnicy przepiękne pióra Orła, wybierałam je garściami i chowałam do plecaka, oprócz nich było jeszcze sporo z innych ptaków, każda z nas nazbierała ich dużo.
Z rogiem na plecach idziemy dalej ku wiośnie.
Wspinamy się po ścieżkach saren, przeciskając się przez młodniki. Pachnący poranek, mglisty i wilgotny. Na leszczynach drżą już zielonkawe kwiaty, strumyczki szemrzą cichutko, a zapach mchów i ziemi staje się coraz intensywniejszy. Nad głowa para Żurawi, od dwóch lat słyszę je tu w okolicy, przedtem, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Dolinie Baryczy, wtedy spotykaliśmy Żurawie często. Tutaj to niesamowity głos nad lasem.
Idę z małym ciężarem na ramieniu i przypomina mi się historia z przed paru lat. Kiedy żyła jeszcze moja suczka Maxi, wielka bernardynka, wtedy chyba w kwietniu znalazłam wielki jeleni róg.
Był ogromny, wtedy akurat u znajomych przebywał myśliwy, moje znalezisko wywołało duże poruszenie, dyskutowano "jaki to musiał być ogromny Jeleń". Może przez te dyskusje dwa dni nie dawało mi spokoju, że gdzieś tam w lesie leży ten drugi róg... Postanowiłam że pójdę do lasu poszcząc, i poproszę Duchy o drugi róg. Cały czas chodząc po lesie byłam w stanie modlitwy, nie oznacza to, że chodziłam i mruczałam jakieś zaklęcia, czy regułki. To stan całkowitego skupienia, a jednocześnie przebywania trochę poza ciałem, najbliższym określeniem będzie trans - przy czym pozostaję otwarta na znaki i przeczucia np w którym kierunku mam iść. Nie pamiętam już drogi, kluczenia, bo w takim stanie jest to poza mną, natomiast pamiętam OBRAZ, jak zdjęcie - to zostaje gdzieś głęboko w mojej pamięci, jak stop klatka. Polanka okolona krzewami i młodymi drzewami, na niej zmierzwione liście, suche trawy i DWA JELENIE ROGI... dokładnie tak, jakby je Jeleń dla mnie ściągnął i położył... Byłam jak zahipnotyzowana i zaczarowana... Wróciłam do domu z obciążeniem na obu ramionach. Tym razem wywołałam jeszcze gorętsze dyskusje, bo "czegoś takiego się nie spotyka, żeby dwa na raz w jednym miejscu".
Ja już spałam spokojnie, nie myślałam o kolejnych trofeach, Duchom lasu podziękowałam tytoniem i kaszką kukurydzianą.
W przedwiośniu las ma dużo do zaoferowania, a ja cenię sobie znalezione skarby. Kilka lat temu znalazłam dwa szkielety krowie z czaszkami. Nie wiem kto w taki sposób je tu zostawił, bieliły się na mchu, czekając na mnie. Kości wykorzystuję tworząc, powstają z nich różne ozdoby, szamańskie lalki. Czuję ogromną radość zasiadając wśród moich znalezisk, widząc jak powstaje COŚ z pozornie nie pasujących do siebie rzeczy. To piękna kreacja, a każdy przedmiot - niepowtarzalny.
Oczywiście wiem, że jelenie rogi - to poroże, a znalezione wiosną to zrzuty, ale nie każdy zna i rozumie ten język. Dla mnie "rogi" brzmią trochę mitologicznie:) jakby stanął przede mną Pan, lub Hern władca Lasu.
Oddzielać z pomiędzy szarobiałych plam śniegu. Dziś rano wytropiłam Śnieżyce i delikatne listki Czosnku Niedźwiedziego, a więc już jest blisko. Wawrzynek Wilczełyko puszcza pierwsze kwiaty, trawa która przetrwała pod śniegiem tak jak Kurdybanek - zielenieją na łąkach i obrzeżach lasu.
Tak sobie idę i tropię... widzę, że był tu rano jeleń, idziemy z suczkami po jego śladach odciśniętych w miękkim błotku. Mały postój nad strumieniem, one spacerują po wodzie, popijając, ja kucam szepcząc do Duchów Wody.
Kiedy ruszamy dalej, we trzy doznajemy miłego zaskoczenia, one podbiegają pierwsze, ale to ja zwyciężam małą potyczkę o trofeum - wśród liści i świeżo ruszonej ziemi leży jeleni róg!
TAK! To, to oznaczał sen, dziś śniłam o tym, że we trzy (ze znajomymi kobietami...) znalazłam w jakiejś opuszczonej piwnicy przepiękne pióra Orła, wybierałam je garściami i chowałam do plecaka, oprócz nich było jeszcze sporo z innych ptaków, każda z nas nazbierała ich dużo.
Z rogiem na plecach idziemy dalej ku wiośnie.
Wspinamy się po ścieżkach saren, przeciskając się przez młodniki. Pachnący poranek, mglisty i wilgotny. Na leszczynach drżą już zielonkawe kwiaty, strumyczki szemrzą cichutko, a zapach mchów i ziemi staje się coraz intensywniejszy. Nad głowa para Żurawi, od dwóch lat słyszę je tu w okolicy, przedtem, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Dolinie Baryczy, wtedy spotykaliśmy Żurawie często. Tutaj to niesamowity głos nad lasem.
Idę z małym ciężarem na ramieniu i przypomina mi się historia z przed paru lat. Kiedy żyła jeszcze moja suczka Maxi, wielka bernardynka, wtedy chyba w kwietniu znalazłam wielki jeleni róg.
Był ogromny, wtedy akurat u znajomych przebywał myśliwy, moje znalezisko wywołało duże poruszenie, dyskutowano "jaki to musiał być ogromny Jeleń". Może przez te dyskusje dwa dni nie dawało mi spokoju, że gdzieś tam w lesie leży ten drugi róg... Postanowiłam że pójdę do lasu poszcząc, i poproszę Duchy o drugi róg. Cały czas chodząc po lesie byłam w stanie modlitwy, nie oznacza to, że chodziłam i mruczałam jakieś zaklęcia, czy regułki. To stan całkowitego skupienia, a jednocześnie przebywania trochę poza ciałem, najbliższym określeniem będzie trans - przy czym pozostaję otwarta na znaki i przeczucia np w którym kierunku mam iść. Nie pamiętam już drogi, kluczenia, bo w takim stanie jest to poza mną, natomiast pamiętam OBRAZ, jak zdjęcie - to zostaje gdzieś głęboko w mojej pamięci, jak stop klatka. Polanka okolona krzewami i młodymi drzewami, na niej zmierzwione liście, suche trawy i DWA JELENIE ROGI... dokładnie tak, jakby je Jeleń dla mnie ściągnął i położył... Byłam jak zahipnotyzowana i zaczarowana... Wróciłam do domu z obciążeniem na obu ramionach. Tym razem wywołałam jeszcze gorętsze dyskusje, bo "czegoś takiego się nie spotyka, żeby dwa na raz w jednym miejscu".
Ja już spałam spokojnie, nie myślałam o kolejnych trofeach, Duchom lasu podziękowałam tytoniem i kaszką kukurydzianą.
W przedwiośniu las ma dużo do zaoferowania, a ja cenię sobie znalezione skarby. Kilka lat temu znalazłam dwa szkielety krowie z czaszkami. Nie wiem kto w taki sposób je tu zostawił, bieliły się na mchu, czekając na mnie. Kości wykorzystuję tworząc, powstają z nich różne ozdoby, szamańskie lalki. Czuję ogromną radość zasiadając wśród moich znalezisk, widząc jak powstaje COŚ z pozornie nie pasujących do siebie rzeczy. To piękna kreacja, a każdy przedmiot - niepowtarzalny.
Oczywiście wiem, że jelenie rogi - to poroże, a znalezione wiosną to zrzuty, ale nie każdy zna i rozumie ten język. Dla mnie "rogi" brzmią trochę mitologicznie:) jakby stanął przede mną Pan, lub Hern władca Lasu.
poniedziałek, 16 lutego 2015
PEŁNE URODZINY
Tak dałam się nabrać, sama sobie... ZNOWU;)
No bo przecież nie zawsze ma się urodziny prawie co do minuty w pełnię! Takie urodziny! Och co to się będzie działo i to pełnia w Lwie! Na osi moich węzłów księżycowych z całą pewnością musi być magicznie z wizjami co najmniej! Przypomniałam sobie moje 33 urodziny - tu w lesie, kiedy nie było jeszcze domu, ani sali, ani betlejemki, dzieci pojechały wtedy na ferie, Wiktor do pracy, a ja sama przy ogniu siedziałam do rana i pisałam, śpiewałam i wiał ciepły zachodni wiatr, muskał mnie za uchem:) i nie było śniegu i było TAK PIĘKNIE!!!
Myślałam może będzie podobnie? posiedzę w tą pełnię, pomedytuję, to będzie tylko dla mnie czas ... a tu na dzień wcześniej Wiktor ma "dziwne dreszcze"... mobilizuję się cała, przygotowuję mu kąpiele ziołowe z dodatkiem soli - rozgrzewające, bo nie może się rozgrzać, potem kolejne chłodne z dodatkiem octu jabłkowego - ochładzające, kiedy gorączka...
Zioła do picia oraz gotowany imbir, cytrynę z dodatkiem miodu i kurkumy, tylko to, bo jakoś tak się u nas utarło, że jak już gorączka to głodówka, aby organizm miał więcej siły (nie tracąc na trawienie).
Zima trzyma, więc w śnieżycę po wkręty i inne potrzebne rzeczy dla majstrów, którzy remontują jeszcze u nas pokoje, trzeba jechać, a to do Międzylesia, a to do Bystrzycy. Drogę zawiało, niestety JESZCZE nie umiem odśnieżać traktorem, ale przeprawa przez zaspy jest nieopisaną frajdą! choć samochodem miota, jadę, rozsypując biały puch jak gęstą chmurę! W między czasie obowiązki trzymania w ryzach całego obejścia...
Palenie w skomputeryzowanym piecu jest super!!! Od nanoszenia drewna, porąbania na drobniejsze szczapki, po rozpalanie i wyłączanie bez paniki alarmu kiedy zrobiło się za gorąco;)
Czuję MOC bo ogarniam wszystko - tak mnie się przynajmniej wydaje.
Obiecałam sobie, że dokładnie o godzinie (mniej więcej) pełni, ale dokładnie moich urodzin (nad ranem) uroczyście zapalę w lampionie świecę na tarasie.
Puki co przygotowuję menu na przyjęcie znajomych i w głowie obmyślam przebieg ceremonii przy ognisku w tipi, zmieniam okłady, pościel... kolejne kąpiele i "naprawdę kochanie nic nie szkodzi, wiem że ci przykro, że chorujesz w moje urodziny", "ależ wiem, że chciałeś mi pomagać i miało być zupełnie inaczej". Jeszcze tylko kurier - ten dojechał, bo wcześniej pan do remontu lodówki pobłądził, kilka razy się zakopał, a kiedy dojechał okazało się że lodówka działa, tylko w betlejemce teraz za zimno i dlatego nie włącza się. Jeszcze jadę na ćwiczenia i godzinę tańców z Akademią Ruchu w Goworowie i już przed dziesiątą w nocy, kiedy wracam, zaczynam się dziwnie niepokoić.
Wiktor ma wysoką gorączkę, a termometr szaleje, co chwilę podaje inną. Kolejna kąpiel, ocet jabłkowy. Dzwoni córka, bo jutro sesja... Uspokajam rozmawiam, zmieniam kolejny okład, odpisuję na sms do tych, co to ich pełnia TEŻ niepokoi.. i próbuję się zrelaksować, no bo przecież za chwilę mogą przyjść wizje, czy nagłe olśnienia!
Po kolejnej urwanej drzemce, okładzie, telefonie, zrywam się no bo przecież pełnia! lampion, to tylko chwilka przecież nie zmarznę, biegnę boso w szlafroku na taras. RANY JAKI ON JEST WIELKI KIEDY SIĘ BIEGNIE NA BOSO W ŚNIEGU!!!! Modlitwa i namaszczenie w chwili zapalania zapałki ze szczękającymi zębami jest samym sednem, zauważam że modlę się o najbliższych! Tych co to dzwonią dziś i mnie potrzebują, "jakie to piękne i proste" - jeszcze mknie mi przez głowę kiedy gnam do domu po śladach moich bosych stóp! Kolejny okład, telefon...
...i sen... stoję w wielkiej auli, obok stoi Eleni i śpiewamy razem "na miłość nie ma lekarstwa, kto kocha ten o tym wie..." i zaskakuję samą siebie, bo doskonale znam słowa całej piosenki. Śpiewamy razem i uśmiechamy się do siebie. Potem mówię jej, że ma tak piękną i pogodną energię w swoich piosenkach i na pewno nie jednej osobie tym poprawiła nastrój, kiedy słuchali ją w radio. Jeszcze obok widzę przechodząca Kayah, biegnę chcę jej też powiedzieć kilka miłych słów, szczególnie za piosenkę "Muszlo Moja"...
Wstaję nucąc Eleni:)
Zgubione wczoraj okulary znalazły się w sklepie z narzędziami w Międzylesiu, mili panowie "od razu wiedzieli" że to moje, jeszcze zakupy i gotowanie i pieczenie. Majstrowie przynieśli bombonierkę i przygotowali drewno na dzisiejsze ognisko:D Oczywiście kiedy dowiedzieli się, ze mają być same kobiety zaoferowali swoją pomoc i opiekę pod niedyspozycję Wiktora:)
Ogień w tipi był niesamowity, a bębny i grzechotki grały tak, że tańczyły wszystkie Świerki w śnieżnych sukniach. Było pięknie w swojej prostocie, bez fajerwerków i duchowych olśnień, a ja byłam wzruszona nami, kobietami razem... Roześmiane, pachnące dymem zjadłyśmy w domu kolację
Na koniec poprosiłam, żeby wylosowały sobie po jednej z uprzednio przygotowanych przeze mnie sakiewek z drobiazgami. Powiedziałam, że jest to zwyczaj Indian "dzielenia się" i byłam ogromnie zaskoczona tym ile radości poczułam! kiedy one cieszyły się z tych podarunków!
Wiktor powstał z grypy na następny dzień i Martyna zadowolona z egzaminu.
Kolejny raz z wybujałych oczekiwań, porwała mnie chwila za chwilą i niosła tak po prostu. W zwyczajnej niezwyczajności. Bo pokazało mi doświadczenie, że teraz jest inny czas, czas z ludźmi, z bliskimi i to jest moja medytacja i olśnienie.
No bo przecież nie zawsze ma się urodziny prawie co do minuty w pełnię! Takie urodziny! Och co to się będzie działo i to pełnia w Lwie! Na osi moich węzłów księżycowych z całą pewnością musi być magicznie z wizjami co najmniej! Przypomniałam sobie moje 33 urodziny - tu w lesie, kiedy nie było jeszcze domu, ani sali, ani betlejemki, dzieci pojechały wtedy na ferie, Wiktor do pracy, a ja sama przy ogniu siedziałam do rana i pisałam, śpiewałam i wiał ciepły zachodni wiatr, muskał mnie za uchem:) i nie było śniegu i było TAK PIĘKNIE!!!
Myślałam może będzie podobnie? posiedzę w tą pełnię, pomedytuję, to będzie tylko dla mnie czas ... a tu na dzień wcześniej Wiktor ma "dziwne dreszcze"... mobilizuję się cała, przygotowuję mu kąpiele ziołowe z dodatkiem soli - rozgrzewające, bo nie może się rozgrzać, potem kolejne chłodne z dodatkiem octu jabłkowego - ochładzające, kiedy gorączka...
Zioła do picia oraz gotowany imbir, cytrynę z dodatkiem miodu i kurkumy, tylko to, bo jakoś tak się u nas utarło, że jak już gorączka to głodówka, aby organizm miał więcej siły (nie tracąc na trawienie).
Zima trzyma, więc w śnieżycę po wkręty i inne potrzebne rzeczy dla majstrów, którzy remontują jeszcze u nas pokoje, trzeba jechać, a to do Międzylesia, a to do Bystrzycy. Drogę zawiało, niestety JESZCZE nie umiem odśnieżać traktorem, ale przeprawa przez zaspy jest nieopisaną frajdą! choć samochodem miota, jadę, rozsypując biały puch jak gęstą chmurę! W między czasie obowiązki trzymania w ryzach całego obejścia...
Palenie w skomputeryzowanym piecu jest super!!! Od nanoszenia drewna, porąbania na drobniejsze szczapki, po rozpalanie i wyłączanie bez paniki alarmu kiedy zrobiło się za gorąco;)
Czuję MOC bo ogarniam wszystko - tak mnie się przynajmniej wydaje.
Obiecałam sobie, że dokładnie o godzinie (mniej więcej) pełni, ale dokładnie moich urodzin (nad ranem) uroczyście zapalę w lampionie świecę na tarasie.
Puki co przygotowuję menu na przyjęcie znajomych i w głowie obmyślam przebieg ceremonii przy ognisku w tipi, zmieniam okłady, pościel... kolejne kąpiele i "naprawdę kochanie nic nie szkodzi, wiem że ci przykro, że chorujesz w moje urodziny", "ależ wiem, że chciałeś mi pomagać i miało być zupełnie inaczej". Jeszcze tylko kurier - ten dojechał, bo wcześniej pan do remontu lodówki pobłądził, kilka razy się zakopał, a kiedy dojechał okazało się że lodówka działa, tylko w betlejemce teraz za zimno i dlatego nie włącza się. Jeszcze jadę na ćwiczenia i godzinę tańców z Akademią Ruchu w Goworowie i już przed dziesiątą w nocy, kiedy wracam, zaczynam się dziwnie niepokoić.
Wiktor ma wysoką gorączkę, a termometr szaleje, co chwilę podaje inną. Kolejna kąpiel, ocet jabłkowy. Dzwoni córka, bo jutro sesja... Uspokajam rozmawiam, zmieniam kolejny okład, odpisuję na sms do tych, co to ich pełnia TEŻ niepokoi.. i próbuję się zrelaksować, no bo przecież za chwilę mogą przyjść wizje, czy nagłe olśnienia!
Po kolejnej urwanej drzemce, okładzie, telefonie, zrywam się no bo przecież pełnia! lampion, to tylko chwilka przecież nie zmarznę, biegnę boso w szlafroku na taras. RANY JAKI ON JEST WIELKI KIEDY SIĘ BIEGNIE NA BOSO W ŚNIEGU!!!! Modlitwa i namaszczenie w chwili zapalania zapałki ze szczękającymi zębami jest samym sednem, zauważam że modlę się o najbliższych! Tych co to dzwonią dziś i mnie potrzebują, "jakie to piękne i proste" - jeszcze mknie mi przez głowę kiedy gnam do domu po śladach moich bosych stóp! Kolejny okład, telefon...
...i sen... stoję w wielkiej auli, obok stoi Eleni i śpiewamy razem "na miłość nie ma lekarstwa, kto kocha ten o tym wie..." i zaskakuję samą siebie, bo doskonale znam słowa całej piosenki. Śpiewamy razem i uśmiechamy się do siebie. Potem mówię jej, że ma tak piękną i pogodną energię w swoich piosenkach i na pewno nie jednej osobie tym poprawiła nastrój, kiedy słuchali ją w radio. Jeszcze obok widzę przechodząca Kayah, biegnę chcę jej też powiedzieć kilka miłych słów, szczególnie za piosenkę "Muszlo Moja"...
Wstaję nucąc Eleni:)
Zgubione wczoraj okulary znalazły się w sklepie z narzędziami w Międzylesiu, mili panowie "od razu wiedzieli" że to moje, jeszcze zakupy i gotowanie i pieczenie. Majstrowie przynieśli bombonierkę i przygotowali drewno na dzisiejsze ognisko:D Oczywiście kiedy dowiedzieli się, ze mają być same kobiety zaoferowali swoją pomoc i opiekę pod niedyspozycję Wiktora:)
Ogień w tipi był niesamowity, a bębny i grzechotki grały tak, że tańczyły wszystkie Świerki w śnieżnych sukniach. Było pięknie w swojej prostocie, bez fajerwerków i duchowych olśnień, a ja byłam wzruszona nami, kobietami razem... Roześmiane, pachnące dymem zjadłyśmy w domu kolację
Na koniec poprosiłam, żeby wylosowały sobie po jednej z uprzednio przygotowanych przeze mnie sakiewek z drobiazgami. Powiedziałam, że jest to zwyczaj Indian "dzielenia się" i byłam ogromnie zaskoczona tym ile radości poczułam! kiedy one cieszyły się z tych podarunków!
Wiktor powstał z grypy na następny dzień i Martyna zadowolona z egzaminu.
Kolejny raz z wybujałych oczekiwań, porwała mnie chwila za chwilą i niosła tak po prostu. W zwyczajnej niezwyczajności. Bo pokazało mi doświadczenie, że teraz jest inny czas, czas z ludźmi, z bliskimi i to jest moja medytacja i olśnienie.
czwartek, 29 stycznia 2015
Jak hartuje się Ducha - przygoda z zimna wodą
To już chyba dwanaście lat! Odkąd znamy dobrodziejstwa zimnej - ba, czasem lodowatej wody.
Kiedy mieszkaliśmy w Starym Młynie, zanim przeprowadziliśmy się do Trzech Źródeł, mieliśmy komfort, że do rzeki Nysy Kłodzkiej wystarczyło przebiec przez podwórko.
Miesiące wiosenne, letnie nawet jesienne nie wywoływały zainteresowanie wśród sąsiadów, poza tym jednak byliśmy osłonięci zielenią. Zimą byliśmy widoczni, kiedy biegliśmy na tle białych zasp w szlafrokach i wskakiwaliśmy w strojach do lodowatej wody. Rzeka nie zamarzała do końca nawet przy temperaturze -20 stopni.
Ciało podczas takiej kąpieli przeżywa szok, z tego co wiem na ten temat, temperatura w ciele podnosi się na mikrosekundy do 39,8 stopni, regenerując i czyszcząc organizm.
Pamiętam jak opowiedziałam żyjącej jeszcze wtedy mojej babci o naszych zwyczajach, a ona opowiedziała mi historię jej stryja. Zachorował on na tyfus, nie było wtedy na wsiach lekarzy, ani leków tak dostępnych, ziołami go leczyli, ale gorączka i majaki nie przechodziły, właściwie cała rodzina podejrzewała, że mężczyzna umrze. Nocą gdy wszyscy spali chory w jednej długiej koszuli wyszedł na mróz. Znaleźli go rano w sąsiedztwie przy młynie, siedzącego na kopcu z suchej kukurydzy, był wychłodzony, ale przytomny nie pamiętał jak wyszedł z domu, ani jak wykąpał się w przeręblu. W ciągu kilku dni całkowicie doszedł do siebie.
Kiedy Przodkini opowiada historie Rodu, traktuję to jak drogowskazy.
Dzieci od początku chodziły do rzeki razem z nami, ale tylko w weekendy, kiedy nie szły do szkoły.
Od tamtego czasu też każdy prysznic zakańczamy oblewając się zimną wodą.
Rzeka miała dla nas niespodzianki, oprócz śliskich ruchomych kamieni pod stopami, bywały rwące nurty i podróż z prądem kilka metrów wzdłuż brzegu, lub częste upadki na oblodzonym wejściu. Za każdym razem była to przygoda i wyzwanie.
Skłamałabym, że jest to mój rytuał codzienny. Chodzę, a raczej biegam już nie do rzeki, do naszego zbiornika z zimną wodą, może trzy razy w tygodniu. Zimą jest to niesamowite przeżycie, widzę swoje nagie kolana wysuwające się podczas biegu z pod fruwającego szlafroka, umysł już jest wyłączony, jakby nie ogarniał. No i lód na wodzie, czasem delikatna warstwa, którą rozkruszam bosą stopą, a czasem wielkie bryły, które wcześniej rozwalił Wiktor, dryfujące wokół.
Dzisiejszy poranek, jeszcze ciemnawo na zewnątrz, a my w ciszy świeżego śniegu truchtamy do wody. Woda źródlana z naszego, jak się okazało czwartego źródła;) nawet latem jest lodowata.
Po takim restarcie dla całego organizmu zauważam u nas potężny zastrzyk energii! Przychodzi pewność, że absolutnie można wszystko! Jeśli tylko się chce. Ograniczenia - głównie te w umyśle za każdym razem muszą się poddać, bo kiedy nurkujesz w lodowatej wodzie z kawałkami lodu nad głową, nie ma szans na myśli, nie ma szans na kombinacje, jesteś tylko TY i pierwotna natura która chce przetrwać.
Po takim poranku gotuję w domu herbatkę z naszych ziół, dziś: owoc dzikiej róży, owoc głogu, owoc czeremchy, pokrzywa, skrzyp i polne kwiaty. Z miodem jest cudowna i rozgrzewająca.
Uczestnicy naszych warsztatów doświadczyli zalet porannych kąpieli latem, ale jeszcze w październiku odważni chodzili z zawiązanymi oczami (bo taki był program warsztatów;) i zachwycali się swoimi odkryciami, na przykład takim, że jak nie widzi się wcześniej "zimnej wody", umysł nie wytwarza stresu takiego, jak przy oczach otwartych. Za każdym razem wracali roześmiani i zadowoleni.
W czasie świąt rodzinnie zapraszaliśmy gości do tego doświadczenia, nawet zmarzluchy czuły się wyśmienicie i po powrocie do domu polewają się na koniec każdego mycia zimną wodą:)
Nie jesteśmy morsami, jak kiedyś nas nazywano, bo nie pływamy długo w zimnych wodach, nie przygotowujemy się do tego w specjalny sposób. Zanurzenie trwa chwilę, jest dostępne dla każdego i daje niesamowite korzyści.
Kiedy mieszkaliśmy w Starym Młynie, zanim przeprowadziliśmy się do Trzech Źródeł, mieliśmy komfort, że do rzeki Nysy Kłodzkiej wystarczyło przebiec przez podwórko.
Miesiące wiosenne, letnie nawet jesienne nie wywoływały zainteresowanie wśród sąsiadów, poza tym jednak byliśmy osłonięci zielenią. Zimą byliśmy widoczni, kiedy biegliśmy na tle białych zasp w szlafrokach i wskakiwaliśmy w strojach do lodowatej wody. Rzeka nie zamarzała do końca nawet przy temperaturze -20 stopni.
Ciało podczas takiej kąpieli przeżywa szok, z tego co wiem na ten temat, temperatura w ciele podnosi się na mikrosekundy do 39,8 stopni, regenerując i czyszcząc organizm.
Pamiętam jak opowiedziałam żyjącej jeszcze wtedy mojej babci o naszych zwyczajach, a ona opowiedziała mi historię jej stryja. Zachorował on na tyfus, nie było wtedy na wsiach lekarzy, ani leków tak dostępnych, ziołami go leczyli, ale gorączka i majaki nie przechodziły, właściwie cała rodzina podejrzewała, że mężczyzna umrze. Nocą gdy wszyscy spali chory w jednej długiej koszuli wyszedł na mróz. Znaleźli go rano w sąsiedztwie przy młynie, siedzącego na kopcu z suchej kukurydzy, był wychłodzony, ale przytomny nie pamiętał jak wyszedł z domu, ani jak wykąpał się w przeręblu. W ciągu kilku dni całkowicie doszedł do siebie.
Kiedy Przodkini opowiada historie Rodu, traktuję to jak drogowskazy.
Dzieci od początku chodziły do rzeki razem z nami, ale tylko w weekendy, kiedy nie szły do szkoły.
Od tamtego czasu też każdy prysznic zakańczamy oblewając się zimną wodą.
Rzeka miała dla nas niespodzianki, oprócz śliskich ruchomych kamieni pod stopami, bywały rwące nurty i podróż z prądem kilka metrów wzdłuż brzegu, lub częste upadki na oblodzonym wejściu. Za każdym razem była to przygoda i wyzwanie.
Skłamałabym, że jest to mój rytuał codzienny. Chodzę, a raczej biegam już nie do rzeki, do naszego zbiornika z zimną wodą, może trzy razy w tygodniu. Zimą jest to niesamowite przeżycie, widzę swoje nagie kolana wysuwające się podczas biegu z pod fruwającego szlafroka, umysł już jest wyłączony, jakby nie ogarniał. No i lód na wodzie, czasem delikatna warstwa, którą rozkruszam bosą stopą, a czasem wielkie bryły, które wcześniej rozwalił Wiktor, dryfujące wokół.
Dzisiejszy poranek, jeszcze ciemnawo na zewnątrz, a my w ciszy świeżego śniegu truchtamy do wody. Woda źródlana z naszego, jak się okazało czwartego źródła;) nawet latem jest lodowata.
Po takim restarcie dla całego organizmu zauważam u nas potężny zastrzyk energii! Przychodzi pewność, że absolutnie można wszystko! Jeśli tylko się chce. Ograniczenia - głównie te w umyśle za każdym razem muszą się poddać, bo kiedy nurkujesz w lodowatej wodzie z kawałkami lodu nad głową, nie ma szans na myśli, nie ma szans na kombinacje, jesteś tylko TY i pierwotna natura która chce przetrwać.
Po takim poranku gotuję w domu herbatkę z naszych ziół, dziś: owoc dzikiej róży, owoc głogu, owoc czeremchy, pokrzywa, skrzyp i polne kwiaty. Z miodem jest cudowna i rozgrzewająca.
Uczestnicy naszych warsztatów doświadczyli zalet porannych kąpieli latem, ale jeszcze w październiku odważni chodzili z zawiązanymi oczami (bo taki był program warsztatów;) i zachwycali się swoimi odkryciami, na przykład takim, że jak nie widzi się wcześniej "zimnej wody", umysł nie wytwarza stresu takiego, jak przy oczach otwartych. Za każdym razem wracali roześmiani i zadowoleni.
W czasie świąt rodzinnie zapraszaliśmy gości do tego doświadczenia, nawet zmarzluchy czuły się wyśmienicie i po powrocie do domu polewają się na koniec każdego mycia zimną wodą:)
Nie jesteśmy morsami, jak kiedyś nas nazywano, bo nie pływamy długo w zimnych wodach, nie przygotowujemy się do tego w specjalny sposób. Zanurzenie trwa chwilę, jest dostępne dla każdego i daje niesamowite korzyści.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

