To już chyba dwanaście lat! Odkąd znamy dobrodziejstwa zimnej - ba, czasem lodowatej wody.
Kiedy mieszkaliśmy w Starym Młynie, zanim przeprowadziliśmy się do Trzech Źródeł, mieliśmy komfort, że do rzeki Nysy Kłodzkiej wystarczyło przebiec przez podwórko.
Miesiące wiosenne, letnie nawet jesienne nie wywoływały zainteresowanie wśród sąsiadów, poza tym jednak byliśmy osłonięci zielenią. Zimą byliśmy widoczni, kiedy biegliśmy na tle białych zasp w szlafrokach i wskakiwaliśmy w strojach do lodowatej wody. Rzeka nie zamarzała do końca nawet przy temperaturze -20 stopni.
Ciało podczas takiej kąpieli przeżywa szok, z tego co wiem na ten temat, temperatura w ciele podnosi się na mikrosekundy do 39,8 stopni, regenerując i czyszcząc organizm.
Pamiętam jak opowiedziałam żyjącej jeszcze wtedy mojej babci o naszych zwyczajach, a ona opowiedziała mi historię jej stryja. Zachorował on na tyfus, nie było wtedy na wsiach lekarzy, ani leków tak dostępnych, ziołami go leczyli, ale gorączka i majaki nie przechodziły, właściwie cała rodzina podejrzewała, że mężczyzna umrze. Nocą gdy wszyscy spali chory w jednej długiej koszuli wyszedł na mróz. Znaleźli go rano w sąsiedztwie przy młynie, siedzącego na kopcu z suchej kukurydzy, był wychłodzony, ale przytomny nie pamiętał jak wyszedł z domu, ani jak wykąpał się w przeręblu. W ciągu kilku dni całkowicie doszedł do siebie.
Kiedy Przodkini opowiada historie Rodu, traktuję to jak drogowskazy.
Dzieci od początku chodziły do rzeki razem z nami, ale tylko w weekendy, kiedy nie szły do szkoły.
Od tamtego czasu też każdy prysznic zakańczamy oblewając się zimną wodą.
Rzeka miała dla nas niespodzianki, oprócz śliskich ruchomych kamieni pod stopami, bywały rwące nurty i podróż z prądem kilka metrów wzdłuż brzegu, lub częste upadki na oblodzonym wejściu. Za każdym razem była to przygoda i wyzwanie.
Skłamałabym, że jest to mój rytuał codzienny. Chodzę, a raczej biegam już nie do rzeki, do naszego zbiornika z zimną wodą, może trzy razy w tygodniu. Zimą jest to niesamowite przeżycie, widzę swoje nagie kolana wysuwające się podczas biegu z pod fruwającego szlafroka, umysł już jest wyłączony, jakby nie ogarniał. No i lód na wodzie, czasem delikatna warstwa, którą rozkruszam bosą stopą, a czasem wielkie bryły, które wcześniej rozwalił Wiktor, dryfujące wokół.
Dzisiejszy poranek, jeszcze ciemnawo na zewnątrz, a my w ciszy świeżego śniegu truchtamy do wody. Woda źródlana z naszego, jak się okazało czwartego źródła;) nawet latem jest lodowata.
Po takim restarcie dla całego organizmu zauważam u nas potężny zastrzyk energii! Przychodzi pewność, że absolutnie można wszystko! Jeśli tylko się chce. Ograniczenia - głównie te w umyśle za każdym razem muszą się poddać, bo kiedy nurkujesz w lodowatej wodzie z kawałkami lodu nad głową, nie ma szans na myśli, nie ma szans na kombinacje, jesteś tylko TY i pierwotna natura która chce przetrwać.
Po takim poranku gotuję w domu herbatkę z naszych ziół, dziś: owoc dzikiej róży, owoc głogu, owoc czeremchy, pokrzywa, skrzyp i polne kwiaty. Z miodem jest cudowna i rozgrzewająca.
Uczestnicy naszych warsztatów doświadczyli zalet porannych kąpieli latem, ale jeszcze w październiku odważni chodzili z zawiązanymi oczami (bo taki był program warsztatów;) i zachwycali się swoimi odkryciami, na przykład takim, że jak nie widzi się wcześniej "zimnej wody", umysł nie wytwarza stresu takiego, jak przy oczach otwartych. Za każdym razem wracali roześmiani i zadowoleni.
W czasie świąt rodzinnie zapraszaliśmy gości do tego doświadczenia, nawet zmarzluchy czuły się wyśmienicie i po powrocie do domu polewają się na koniec każdego mycia zimną wodą:)
Nie jesteśmy morsami, jak kiedyś nas nazywano, bo nie pływamy długo w zimnych wodach, nie przygotowujemy się do tego w specjalny sposób. Zanurzenie trwa chwilę, jest dostępne dla każdego i daje niesamowite korzyści.
Mamy to szczęście i błogosławieństwa od Przodków, że żyjemy kreując swoją codzienność, tak jak to sobie wymarzyliśmy. Zamieszczam tu wspomnienia z naszej "drogi", nasze wyzwania, doświadczenia szamańskie, rytuały magiczne, opisuję też chwile w których przybliżam się do własnej prawdy.
O mnie
- TRZY ŹRÓDŁA
- Trzy Źródła to magiczna przestrzeń w Kotlinie Kłodzkiej otoczona gęstwiną lasów, naturalnych łąk i majestatycznymi górami. Mieszkamy tu całą rodziną w tym dwie bernardynki i dwa koty. Łączność z Naturą daje nam poczucie ukorzenienia i głębokiego szacunku do wszystkiego co żyje na Matce Ziemi. Od wielu lat zapraszamy gości na warsztaty najczęściej szamańskie, z prowadzącymi z kraju i ze świata, oraz pobyty indywidualne, na których można doświadczyć spotkań przy ogniu, kąpieli w górskim strumieniu i sąsiedztwa dzikich stworzeń. www.trzyzrodla.pl
czwartek, 29 stycznia 2015
środa, 28 stycznia 2015
TU I TERAZ - styczniowe refleksje
Może to zimowy sen, może to jeszcze soki w drzewach nie ruszyły i dlatego jestem w takim śniącym błogostanie?
Moja przyjaciółka mówi, że to normalne - czas odreagowania po bardzo intensywnym roku. Może, w każdym razie jej ufam bardziej niż jakiejkolwiek obcej diagnozie.
Mieszkamy już sami, w dużym drewnianym domu zawsze o takim marzyliśmy i konsekwentnie do tego dotarliśmy. Młodzież studiuje (z zachwytem każde nad własnym kierunkiem studiów;) w Krakowie. Ich wyjazd z "gniazda" był mocnym przeżyciem, procesem przez który wszyscy dzielnie przeszliśmy. Z jednej strony wspominam ten czas, kiedy biegały tu małe dzieci, zachwycone naturą i takie radosne.. a z drugiej cieszę się, że wyrośli na fajnych młodych ludzi, którzy znaleźli swoje pasje i podążają swoimi ścieżkami. Następstwem tego stało się nasze z Wiktorem BYCIE RAZEM.
Zauważyłam, że można ze sobą być jeszcze bliżej i spokojniej. Po świątecznym i noworocznym czasie, pełnym pyszności i gości, przychodzi styczeń. Mam poczucie, że pogoda pokazuje energie i stany emocjonalne. Mieliśmy w ciągu tygodnia wszystkie możliwe pogody, podobnie dzieje się wewnątrz nas. Czuję, że to czas na szybkie zmiany, na zdolność transformowania i pożegnania tego co odchodzi i wyciągnięcia na wierzch tego co w nas najcenniejsze, najważniejsze.
Jesteśmy całością - jak patrzy się na świat "szamańskim okiem" - więcej widać.
Zima w tym roku jest niezwykle magiczna, choć bez obfitości śniegu, prowokuje do głębokich przemyśleń, inspiruje. Zapisuję z podręcznym notesie pomysły i kolejne marzenia do zrealizowania.
Spacerujemy:) Ja preferuję las, Wiktor łąki. Partnerstwo to sztuka kompromisów, dlatego negocjujemy za każdym razem gdy idziemy we dwoje.
Zdecydowanie mamy czas W DOMU;) nawet spacery kończą się pyszną herbatą mojej produkcji z owoców i ziół. Zioła znajdują zastosowanie również w kąpieli. Za każdym razem skład jest inny, magiczny, czy to Wrotycz, Lebiodka pospolita, Nostrzyk czy Szałwia dominuje, aromat niesie się po całym domu i w wannie wygląda niesamowicie.
Z ziołami nauczyłam się mieć indywidualny kontakt. Oprócz ogólnie dostępnych wskazówek staram się "łączyć" z duchem rośliny i w ten sposób poczuć jaka jest między nami współpraca. Przygotowując wywar robię to całkowicie intuicyjnie to twórczość podczas której czuję się podłączona do większej energii moich Przodkiń, nie ma myśli, nie ma chcenia, jest radość w działaniu.
To nie jest skomplikowane, nawet w mieście, wystarczy kupić paczkę siana w sklepie zoologicznym;) wrzucić do dużego garnka z wodą i gotować. Można dodać laskę cynamonu, herbatki z Szałwii, Melisy, Rumianku. Jak intuicja podpowiada, po czym jak już woda przejmie zapach i kolor, przez durszlak, jednak najważniejsza jest wanna.... albo kilka;) takie pod gwiazdami latem są najlepsze!
Mamy to szczęście że i Szałwia i Melisa i cała reszta ziół, których do kąpieli używam pochodzi z naszego ogrodu i łąk, podobnie jak pachnące siano. Nie umiem być w takiej kąpieli 15 minut. Przeważnie siedzimy z Wiktorem długo, rozmawiamy, słuchamy relaksującej muzyki.. albo oglądamy film na komputerze:D
Tak ... zdecydowanie jesteśmy ostatnio domowi i niezwykle dobrze nam w drewnianym, pachnącym domu.
Moja przyjaciółka mówi, że to normalne - czas odreagowania po bardzo intensywnym roku. Może, w każdym razie jej ufam bardziej niż jakiejkolwiek obcej diagnozie.
Mieszkamy już sami, w dużym drewnianym domu zawsze o takim marzyliśmy i konsekwentnie do tego dotarliśmy. Młodzież studiuje (z zachwytem każde nad własnym kierunkiem studiów;) w Krakowie. Ich wyjazd z "gniazda" był mocnym przeżyciem, procesem przez który wszyscy dzielnie przeszliśmy. Z jednej strony wspominam ten czas, kiedy biegały tu małe dzieci, zachwycone naturą i takie radosne.. a z drugiej cieszę się, że wyrośli na fajnych młodych ludzi, którzy znaleźli swoje pasje i podążają swoimi ścieżkami. Następstwem tego stało się nasze z Wiktorem BYCIE RAZEM.
Zauważyłam, że można ze sobą być jeszcze bliżej i spokojniej. Po świątecznym i noworocznym czasie, pełnym pyszności i gości, przychodzi styczeń. Mam poczucie, że pogoda pokazuje energie i stany emocjonalne. Mieliśmy w ciągu tygodnia wszystkie możliwe pogody, podobnie dzieje się wewnątrz nas. Czuję, że to czas na szybkie zmiany, na zdolność transformowania i pożegnania tego co odchodzi i wyciągnięcia na wierzch tego co w nas najcenniejsze, najważniejsze.
Jesteśmy całością - jak patrzy się na świat "szamańskim okiem" - więcej widać.
Zima w tym roku jest niezwykle magiczna, choć bez obfitości śniegu, prowokuje do głębokich przemyśleń, inspiruje. Zapisuję z podręcznym notesie pomysły i kolejne marzenia do zrealizowania.
Spacerujemy:) Ja preferuję las, Wiktor łąki. Partnerstwo to sztuka kompromisów, dlatego negocjujemy za każdym razem gdy idziemy we dwoje.
Zdecydowanie mamy czas W DOMU;) nawet spacery kończą się pyszną herbatą mojej produkcji z owoców i ziół. Zioła znajdują zastosowanie również w kąpieli. Za każdym razem skład jest inny, magiczny, czy to Wrotycz, Lebiodka pospolita, Nostrzyk czy Szałwia dominuje, aromat niesie się po całym domu i w wannie wygląda niesamowicie.
Z ziołami nauczyłam się mieć indywidualny kontakt. Oprócz ogólnie dostępnych wskazówek staram się "łączyć" z duchem rośliny i w ten sposób poczuć jaka jest między nami współpraca. Przygotowując wywar robię to całkowicie intuicyjnie to twórczość podczas której czuję się podłączona do większej energii moich Przodkiń, nie ma myśli, nie ma chcenia, jest radość w działaniu.
To nie jest skomplikowane, nawet w mieście, wystarczy kupić paczkę siana w sklepie zoologicznym;) wrzucić do dużego garnka z wodą i gotować. Można dodać laskę cynamonu, herbatki z Szałwii, Melisy, Rumianku. Jak intuicja podpowiada, po czym jak już woda przejmie zapach i kolor, przez durszlak, jednak najważniejsza jest wanna.... albo kilka;) takie pod gwiazdami latem są najlepsze!
Mamy to szczęście że i Szałwia i Melisa i cała reszta ziół, których do kąpieli używam pochodzi z naszego ogrodu i łąk, podobnie jak pachnące siano. Nie umiem być w takiej kąpieli 15 minut. Przeważnie siedzimy z Wiktorem długo, rozmawiamy, słuchamy relaksującej muzyki.. albo oglądamy film na komputerze:D
Tak ... zdecydowanie jesteśmy ostatnio domowi i niezwykle dobrze nam w drewnianym, pachnącym domu.
czwartek, 25 grudnia 2014
Kiedy rok się kończy.
I tak powolutku zbliżamy się do corocznego podsumowania. Robię listę, piszę nie zwracając uwagi na chronologię o wszystkim, co uważam za sukces w mijającym roku. Sylwester nigdy nie był dla mnie ważnym świętem, ale skoro świat dookoła wibruje taką energią, wykorzystuję ją do refleksji nad tym co było. Za każdym razem jestem zaskoczona ile się udało i jaka jestem twórcza;) W tym roku między innymi wymyśliłam kilka potraw, zrobiłam trzy lalki szamańskie, kolejny bęben. Poprowadziłam parę warsztatów, zorganizowałam kilka innym prowadzącym, niezwykłe deja vu przy spotkaniu z Lamą Tsultrim Allione,
a przede wszystkim wykreowałam kolejne przytulne miejsca w Trzech Źródłach.
Lista powstaje przez dzień - dwa, aby nie pominąć najdrobniejszego zdarzenia. Nie chodzi w niej o to, by pisać o tym czego nie udało się zrobić - negatywizmów i samokrytyki jest dużo na świecie, moim zdaniem za dużo. Podsumowanie jest po to, aby przypomnieć sobie wszystkie radosne chwile, chwile magiczne i odkryć - kolejny raz - jak dużo ich jest w ciągu jednego roku!!!
Jeśli uda się zrobić ceremonię przy Ogniu nieraz czytamy na głos swoje podsumowania. To zaskakujące jak rożne wydarzenia mają dla nas status sukcesu.
Kilka moich pozycji z listy:)
Zupa pomarańczowo - marchewkowo - imbirowa, wszystko intuicyjnie łączone i doprawione, była PYSZNA!
Odwiedziny i zaskakujące energie i odczucia w kamiennych kręgach w Wąsioarach i Grzybnicy.
Niezwykłe wglądy i doświadczenia samej siebie w trakcie warsztatów w tradycji Tolteków, które w Trzech Źródłach organizuję i w których z ogromną przyjemnością uczestniczę.
Tu w Spytkowie
Wyjazd do Szwajcarskiej malowniczej wioski Vals z Akademią Ruchu i mieszkańcami Goworowa na odbiór wyróżnienia w konkursie na najpiękniejszą wieś europejską, tańczyłyśmy tam przed dwutysięczną widownią z oszałamiającym sukcesem:))))
Ech... i wiele wiele innych, lista jest wciąż otwarta, tyle wzruszeń, tyle pięknych spotkań z pięknymi ludźmi. Tyle nowych rzeczy zobaczyłam, zachwyciłam i doświadczyłam.
Z całego serca zachęcam do tej praktyki, ponieważ wejście w nowy rok w takim nastroju jest bezcenne:)
a przede wszystkim wykreowałam kolejne przytulne miejsca w Trzech Źródłach.
Lista powstaje przez dzień - dwa, aby nie pominąć najdrobniejszego zdarzenia. Nie chodzi w niej o to, by pisać o tym czego nie udało się zrobić - negatywizmów i samokrytyki jest dużo na świecie, moim zdaniem za dużo. Podsumowanie jest po to, aby przypomnieć sobie wszystkie radosne chwile, chwile magiczne i odkryć - kolejny raz - jak dużo ich jest w ciągu jednego roku!!!
Jeśli uda się zrobić ceremonię przy Ogniu nieraz czytamy na głos swoje podsumowania. To zaskakujące jak rożne wydarzenia mają dla nas status sukcesu.
Kilka moich pozycji z listy:)
Zupa pomarańczowo - marchewkowo - imbirowa, wszystko intuicyjnie łączone i doprawione, była PYSZNA!
Odwiedziny i zaskakujące energie i odczucia w kamiennych kręgach w Wąsioarach i Grzybnicy.
Niezwykłe wglądy i doświadczenia samej siebie w trakcie warsztatów w tradycji Tolteków, które w Trzech Źródłach organizuję i w których z ogromną przyjemnością uczestniczę.
Występy z Akademią Ruchu, tu na lokalnych dożynkach.
Wyjazd do Szwajcarskiej malowniczej wioski Vals z Akademią Ruchu i mieszkańcami Goworowa na odbiór wyróżnienia w konkursie na najpiękniejszą wieś europejską, tańczyłyśmy tam przed dwutysięczną widownią z oszałamiającym sukcesem:))))
Ech... i wiele wiele innych, lista jest wciąż otwarta, tyle wzruszeń, tyle pięknych spotkań z pięknymi ludźmi. Tyle nowych rzeczy zobaczyłam, zachwyciłam i doświadczyłam.
Z całego serca zachęcam do tej praktyki, ponieważ wejście w nowy rok w takim nastroju jest bezcenne:)
wtorek, 23 grudnia 2014
Zimowe Przesilenie
W tym roku tak szybko minął nam jesienny czas, remonty i budowa wymagały maksimum zaangażowania. Teraz już spokojniej.
Zima - jak nie zima, nie ma chłodów i śniegu, nie żebym narzekała:) Lubię jak w lesie pachnie mchem i ziemią, kiedy przyjdą mrozy zapachy schowają się do wiosny.
W zimowe przesilenia zawsze świętujemy. Bywa, że po prostu ognisko i modlitwy, czasem ceremonia Ognia, a ostatnio gdy lał deszcz przy zapalonych świecach: podróż szamańska przy dźwiękach bębna. 21 już tradycyjnie robimy mapę marzeń, jest to nasze śnienie - na cały przyszły rok. W tym roku byłam mocno zmęczona przeprowadzką i zauważyłam, że o wiele więcej energii niż zwykle włożyłam w przygotowanie mojej mapy. Wszyscy już skończyli, a ja do pierwszej w nocy wyklejałam.
Zasypiając przeniosłam się wspomnieniami w czasie... Do innego dnia 21 grudnia pod Warszawą, Spotkałyśmy się w cztery kobiety na całą noc, miało nas być więcej na zajęciach grupy, która spotykała się cyklicznie, a byłyśmy we cztery. Zamiast działać zgodnie z programem po prostu rozmawiałyśmy. Nie wiadomo kiedy zaczęłyśmy opowiadać sobie o mrocznych kawałkach naszego życia, czułam, że przestrzeń gęstnieje, i że jest to potrzebne, całkowicie na miejscu w tę najciemniejszą najdłuższą noc. Żadna z nas nie oceniała innej opowiadającej o sobie kobiety. Ja czułam dla siebie przestrzeń, gdzie mogę wypowiedzieć na głos to, czego nie odważyłam się powiedzieć nikomu. Wszystkie czułyśmy, że oto zdarzyła nam się niezwykła, oczyszczająca noc, zresztą co chwilę mówiłyśmy to na głos:). Na koniec pomodliłyśmy się każda po kolei, wspomniałyśmy z imienia innych, nieobecnych uczestników grupy i pokotem na podłodze owinięte w koce spałyśmy do rana. Miałam wrażenie, że jak plemię, mała społeczność chciałyśmy jeszcze pobyć razem.
Przypominam sobie następne przesilenie. Również byłam w Warszawie, przed powrotem do siebie pomyślałam, że mogłybyśmy zrobić szałas potów. Z całej listy zaproszonych - zebrałyśmy się znowu we cztery tylko w innym już składzie. Znajomy pożyczył nam samochód! Co było cudem w przedświątecznym czasie i pojechałyśmy w pod warszawskie lasy do miłego miejsca - niestety kompletnie nie wiem gdzie;) Było ciemno, Maria znała drogę i pilotowała Anię, prowadzącą samochód. Na miejscu stał gotowy szałas, pozostawiony po ceremonii, co nie zdarza się często. Przeważnie szałas jest budowany z gałęzi przez uczestników i na zakończenie przez nich rozbierany. Wszystko było jak magicznie zaplanowane, nanosiłyśmy drewna, nazbierałyśmy kamieni. Zanim rozpaliłyśmy Ogień, stanęłyśmy z czterech stron stosu, zauważyłam, jak każda z nas intuicyjnie wybrała kierunek. Chwila aksamitna od magii ciepłem rozlała się w naszych sercach, kiedy każda z nas modlitwą przywoływała kierunek świata w którym stała.
Ogień buchną zaskakująco duży... i zaczął padać śnieg. Stałyśmy w milczącym zachwycie, zmęczone przygotowaniami ale szczęśliwe z dokonań.
W środku, kiedy już znalazłyśmy się w cieple od rozgrzanych do czerwoności kamieni, każda z nas poprowadziła kolejną rundę, było cudownie ciepło dla ducha i ciała.
Pamiętam spontaniczne salwy śmiechu, wzruszenia i to że mój bęben grał w środku! Prowadził nas przez wizje. Pamiętam też niecodzienny widok, kiedy wyszłyśmy z gorącego szałasu po kolejne gorące kamienie, nagie kobiety w kozakach:) oświetlone Ogniem na tle białego śniegu. CUDOWNE wspomnienie. To magiczna noc, kiedy ma się wydarzyć coś niezwykłego - jak ten spontaniczny szałas potów, i kiedy modlitwy mają popłynąć, cały wszechświat sprzyja.
Dla mnie 21 to przełom, święto światła - którego zaczyna przybywać, to koniec cyklu i początek nowego.
Zima - jak nie zima, nie ma chłodów i śniegu, nie żebym narzekała:) Lubię jak w lesie pachnie mchem i ziemią, kiedy przyjdą mrozy zapachy schowają się do wiosny.
W zimowe przesilenia zawsze świętujemy. Bywa, że po prostu ognisko i modlitwy, czasem ceremonia Ognia, a ostatnio gdy lał deszcz przy zapalonych świecach: podróż szamańska przy dźwiękach bębna. 21 już tradycyjnie robimy mapę marzeń, jest to nasze śnienie - na cały przyszły rok. W tym roku byłam mocno zmęczona przeprowadzką i zauważyłam, że o wiele więcej energii niż zwykle włożyłam w przygotowanie mojej mapy. Wszyscy już skończyli, a ja do pierwszej w nocy wyklejałam.
Zasypiając przeniosłam się wspomnieniami w czasie... Do innego dnia 21 grudnia pod Warszawą, Spotkałyśmy się w cztery kobiety na całą noc, miało nas być więcej na zajęciach grupy, która spotykała się cyklicznie, a byłyśmy we cztery. Zamiast działać zgodnie z programem po prostu rozmawiałyśmy. Nie wiadomo kiedy zaczęłyśmy opowiadać sobie o mrocznych kawałkach naszego życia, czułam, że przestrzeń gęstnieje, i że jest to potrzebne, całkowicie na miejscu w tę najciemniejszą najdłuższą noc. Żadna z nas nie oceniała innej opowiadającej o sobie kobiety. Ja czułam dla siebie przestrzeń, gdzie mogę wypowiedzieć na głos to, czego nie odważyłam się powiedzieć nikomu. Wszystkie czułyśmy, że oto zdarzyła nam się niezwykła, oczyszczająca noc, zresztą co chwilę mówiłyśmy to na głos:). Na koniec pomodliłyśmy się każda po kolei, wspomniałyśmy z imienia innych, nieobecnych uczestników grupy i pokotem na podłodze owinięte w koce spałyśmy do rana. Miałam wrażenie, że jak plemię, mała społeczność chciałyśmy jeszcze pobyć razem.
Przypominam sobie następne przesilenie. Również byłam w Warszawie, przed powrotem do siebie pomyślałam, że mogłybyśmy zrobić szałas potów. Z całej listy zaproszonych - zebrałyśmy się znowu we cztery tylko w innym już składzie. Znajomy pożyczył nam samochód! Co było cudem w przedświątecznym czasie i pojechałyśmy w pod warszawskie lasy do miłego miejsca - niestety kompletnie nie wiem gdzie;) Było ciemno, Maria znała drogę i pilotowała Anię, prowadzącą samochód. Na miejscu stał gotowy szałas, pozostawiony po ceremonii, co nie zdarza się często. Przeważnie szałas jest budowany z gałęzi przez uczestników i na zakończenie przez nich rozbierany. Wszystko było jak magicznie zaplanowane, nanosiłyśmy drewna, nazbierałyśmy kamieni. Zanim rozpaliłyśmy Ogień, stanęłyśmy z czterech stron stosu, zauważyłam, jak każda z nas intuicyjnie wybrała kierunek. Chwila aksamitna od magii ciepłem rozlała się w naszych sercach, kiedy każda z nas modlitwą przywoływała kierunek świata w którym stała.
Ogień buchną zaskakująco duży... i zaczął padać śnieg. Stałyśmy w milczącym zachwycie, zmęczone przygotowaniami ale szczęśliwe z dokonań.
W środku, kiedy już znalazłyśmy się w cieple od rozgrzanych do czerwoności kamieni, każda z nas poprowadziła kolejną rundę, było cudownie ciepło dla ducha i ciała.
Pamiętam spontaniczne salwy śmiechu, wzruszenia i to że mój bęben grał w środku! Prowadził nas przez wizje. Pamiętam też niecodzienny widok, kiedy wyszłyśmy z gorącego szałasu po kolejne gorące kamienie, nagie kobiety w kozakach:) oświetlone Ogniem na tle białego śniegu. CUDOWNE wspomnienie. To magiczna noc, kiedy ma się wydarzyć coś niezwykłego - jak ten spontaniczny szałas potów, i kiedy modlitwy mają popłynąć, cały wszechświat sprzyja.
Dla mnie 21 to przełom, święto światła - którego zaczyna przybywać, to koniec cyklu i początek nowego.
niedziela, 17 sierpnia 2014
Warsztaty w tradycji Tolteków
Wizyta Sergieja niebawem w Trzech
Źródłach.
Przestrzeń zdaje się prężyć w radosnym oczekiwaniu
na szamańskie działania i gości którzy za tydzień przybędą.
Uwielbiam praktyki w tradycji Tolteków,
dla mnie jest to niezwykła droga którą bez zbędnych słów ,
podążam do siebie do swojej tajemnicy. Wszystkie praktyki odbywają się w pełnym szacunku i miłości kontakcie z Naturą, a wchodząc w taki rodzaj ćwiczeń otaczająca przyroda staje się częścią nas samych, zauważa się więcej, jakby wszystko wokół zaczynało mówić.
W migawkach przypominam sobie jak na
warsztacie „Pochówek Wojownika” leżę w ciemności, we
własnoręcznie wykopanym dole, usytuowanym w specjalny sposób, tak,
żeby grupa tworzyła wspierającą się, harmonijną całość, a w
środku tego wszystkiego plonie Ogień i Sergiej gra na bębnie jego
obecność i dźwięk bębna jest jak kotwica dla nas w tym
wyzwaniu.
Pamiętam cały dzień z zawiązanymi
oczami, i kij który przygotowywaliśmy dzień wcześniej, w
szamański sposób, przygotowując go tak, aby był dla nas podporą.
Mój kij po każdym ćwiczeniu już z zawiązanymi oczami, rozpoznaję
po pierwszym dotyku, nie wiem w jaki sposób, ale rozróżniam go od
wszystkich innych, kiedy po skończonym zadaniu musimy wybrać ze
złożonej sterty. Podczas całego procesu jestem zanurzona w innym,
nieskończenie wielkim wymiarze. Żadne słowa, opowieści nie oddają
tego, „milcząca wiedza” jest idealnym określeniem, a
pocieszeniem fakt, ze mogę się przejrzeć w oczach innych
uczestników, najczęściej tak samo poruszonych i zmienionych jak
moje, kiedy ściągamy na koniec dnia przepaskę z oczu.
Nocne ognisko, rozpalone w tradycji
Tolteków to poduszka dla Dziadka Ognia i strzały skierowane w
określonym , potrzebnym do sytuacji kierunku. Tego wieczoru były na
zachód, aby energetycznie połączyć się z miejscem – kolebką
kultury tolteckiej. Naszym zadaniem jest taniec wojownika. Sergiej
szczegółowo pokazuje kroki, tłumaczy znaczenie tych prostych
ruchów i co jest naszym zadaniem podczas tańca. Jest kilka etapów,
każdy dotyczy innej sfery życia i z każdym dokonujemy przeglądu i
pożegnania... Zaczynamy, powolny rytmiczny oddech – ruch i ogromne
emocje, czuję każdy centymetr ciała, przychodzą błyskawicznie
wspomnienia, jak tato niósł mnie na rękach, jak czołgałam się w
lesie w poszukiwaniu grzybów, dokonuje się błyskawiczny przegląd
takich obrazów i doznań, o których nie pamiętałam, czy to oddech
i ruch to powoduje? Nie mam czasu na myślenie, bo ego w takim
procesie zostaje rozłożone na łopatki... a obrazy płyną, czułe
usta całujące w szyję, moje kochane ciało... tyle przeżyło i
doświadczyło, tyle doznań – oddech i ruch i oddech i ruch i
łzy....
Zmienia się rytm i zmienia się
nastawienie – to już zbliża się kres, daję z siebie wszystko,
to taniec wojowniczki, nic już nie ma tylko oddech i ruch totalnie
zmęczonego ciała i nagle moja suczka, ukochana bernardynka Maxi
(już nieżyjąca..) skacze mi na plecy!!! Wszyscy w ciemności
tańczą tylko ich sylwetki oświetlone są niewyraźnie przez Ogień,
każdy skupiony na sobie i płomieniach, głośny oddech jak pieśń
tamuje wszelkie myśli, a ja!! Walczę zaciekle z moją
„strażniczką”, która akurat teraz zechciała mnie ratować!!!
Nie ma co, myślę sobie, ja to mam do pokonania bestię, żebym była
bardziej zdeterminowana....
Sergiej często powtarza, że siedzenie
i opowiadanie co kto przeżył i jakie to było niesamowite i cudowne
oczywiście jest możliwe, po pierwsze o ile damy radę to
opowiedzieć, a po drugie o ile chcemy karmić wiecznie głodne ego.
Doświadczyłam, nie da rady siąść w kręgu i opowiedzieć...
zazwyczaj kiedy siadamy patrzymy na siebie czując jedność i
wzruszenie.... po czym przechodzimy do kolejnej praktyki:) kolejny
meander do rozwikłania i próg do przejścia.
Dla wojownika i wojowniczki na ścieżce
serca jest decyzja i działanie. Tu nie ma „spróbuję”, czy
„postaram się” tu daję swoje 100% oczywiście moje 100% dziś,
może być inne niż wczoraj, ale zawsze to jest 100% bez cofania
się, niepewności czy obaw „a co będzie gdy..” z zaufaniem i
miłością w sercu. Kiedy przychodzą wątpliwości i obawy lepiej
zrezygnować i odejść niż wchodzić w doświadczenie na pół
gwizdka. Może uda się wrócić za jakiś czas.
W trakcie każdej praktyki czas jakby
się rozciągał, trzy dni zdają się tygodniem! A doświadczenia
pozostają we mnie na zawsze. Odwołuję się do nich, przypominam
czego dane mi było dokonać i jaka jest MOC tej magicznej mojej drugiej strony, ta świadomość daje poczucie równowagi w codziennym życiu.
Nie jestem w stanie opisać tu
szczegółowo praktyk i ogromu przy tym radości i wzruszeń, głównie
z tego powodu, że Sergiej na warsztatach w tradycji Tolteków często
bazuje na zaskoczeniu, żeby ego w żaden sposób nie mogło się
wcześniej wyreżyserować. Wszystkie ćwiczenia są niezwykłe i
przepiękne! W swojej formie jak i efektach jakie przynoszą, dlatego
nie chcę psuć zabawy ewentualnym uczestnikom naszych warsztatów.
My, plemię, które tego już doświadczyło, czasem spotykamy się i
wspominamy z rozrzewnieniem, szczególnie warsztat „Skok w Drugie
JA” w którym można wziąć udział tylko raz...
wtorek, 29 lipca 2014
Historie wysłuchane - opowieść Don Carlosa
Gościł u nas w 2010 roku szaman Majów Don Carlos Barrios (tu można go znaleźć): http://www.mayancross.com/events-carlos-barrios
Oprócz warsztatów i ceremonii Ognia, razem zwiedzaliśmy Wrocław i okoliczne miasta, a przede wszystkim dużo rozmawialiśmy.
Don Carlos był z żoną (tu o żonie;) http://www.mayancross.com/events-adriana-rojas
Don Carlos i Adriana, ceremonia Ognia
Pamiętam, jak któregoś dnia Adriana powiedziała mi, że nazwali nasze miejsce śniącym, a wszystko dlatego, ze zaobserwowali, jaką wagę przywiązujemy do snów. Zauważyli, że dla nas jest to ważna codzienna rozmowa, niejako podsumowanie nocy, dotyczyło to również naszych znajomych, uczestniczących na warsztatach.
Don Carlos opowiadał najczęściej o swoich doświadczeniach i tak dowiedziałam się jak to się zaczęło.
Kiedy był pięcioletnim chłopcem otrzymywał różnego rodzaju wizje, nie urodził się w wiosce Majów, więc dorośli nie bardzo wiedzieli co zrobić z takim chłopcem, który opowiada niestworzone rzeczy, przymykali więc oko, głaskali po głowie i odnosili się z dystansem. Pewnego dnia otrzymał wyraźną wizję, że jego ukochany dziadek umrze. Podzielił się z bliskimi swoim przekazem, tak jak zwykle, ale dopiero po kilku dniach, kiedy dziadek zmarł rodzinę i sąsiadów przeszła trwoga. Wszyscy zajęci byli przygotowaniami do pogrzebu, a na chłopca patrzyli inaczej niż zwykle. Nikt z nim nie rozmawiał, pewnie nie bardzo wiedział jak i co ma powiedzieć. Mały Carlos był przerażony, czuł się wykluczony i w jakiś sposób winny. Nie wiedział co zrobił nie tak, rozumiał, że dziadek umarł, tak jak to mu pokazano, rozumiał, że nie z jego winy, ale nie rozumiał, dlaczego bliscy i znajomi odwracają się od niego. Doszedł do wniosku, że w takim razie, wizje, które do niego przychodzą są wszystkiemu winne. W całym zgiełku nikt nie zauważył, jak wymknął się z domu i pobiegł na basen.
Wskoczył do wody i gorąco pragnął aby duchy wody zabrały jego dar od niego, bo nie chce już widzieć i mówić o różnych rzeczach, bo nie chce być samotny. Kiedy wyszedł z wody, czuł się lżej, faktycznie poczuł, że coś się zmieniło.
Minęło kilka dni, wizje nie przychodziły, sny były normalne, nie miał niczego do przekazania, znajomi i rodzina odetchnęli z ulgą, ale Carlos wcale nie poczuł się lepiej. Zrozumiał, że brakuje mu tej jego ważnej części - daru, który był jedyny w swoim rodzaju, a który zostawił w wodzie. Kiedy to zrozumiał, pobiegł znowu na basen z nadzieją, że jak wskoczy do wody i poprosi, to oddadzą mu jego własność. Był przerażony tym co zobaczył, z basenu właśnie spuszczono wodę, aby go wyczyścić.
Wszystkie następne lata naznaczone były smutkiem i poczuciem straty.
Pamięć o darze, popchnęła Don Carlosa do poszukiwań duchowych. Zjeździł świat, siedział przy wielu ogniskach i uczestniczył w wielu ceremoniach, by na koniec powrócić do Gwatemali. Wtedy to Starszyzna Majów zaprosiła go do siebie na spotkanie.
Szedł dumny i zadowolony z siebie, marzył kiedyś o takim spotkaniu, teraz, myślał, jestem doświadczony i doceniają mnie.
Kiedy staną przed Starszymi usłyszał, że obserwowali go od dawna i czekali, kiedy będzie gotów na naukę. Dopiero teraz okazał się dostatecznie gotowy na podstawową wiedzę.
Don Carlos uśmiechał się do siebie, kiedy mówił, jakim był dumnym młodym człowiekiem, a jak przyszło mu spokornieć. Jego dar wracał po trochę, w trakcie praktyk i inicjacji.
Miał wiele szczęścia, bo nauczało go dwóch nauczycieli. Obaj potężni, ale bardzo różni, jeden był prostym człowiekiem mieszkającym na skraju wioski, drugi wykształconym działaczem ONZ.
Obaj należeli do Starszyzny Majów i przekazywali swoje dziedzictwo dla następnych pokoleń.
Oprócz warsztatów i ceremonii Ognia, razem zwiedzaliśmy Wrocław i okoliczne miasta, a przede wszystkim dużo rozmawialiśmy.
Don Carlos był z żoną (tu o żonie;) http://www.mayancross.com/events-adriana-rojas
Don Carlos i Adriana, ceremonia Ognia
Pamiętam, jak któregoś dnia Adriana powiedziała mi, że nazwali nasze miejsce śniącym, a wszystko dlatego, ze zaobserwowali, jaką wagę przywiązujemy do snów. Zauważyli, że dla nas jest to ważna codzienna rozmowa, niejako podsumowanie nocy, dotyczyło to również naszych znajomych, uczestniczących na warsztatach.
Don Carlos opowiadał najczęściej o swoich doświadczeniach i tak dowiedziałam się jak to się zaczęło.
Kiedy był pięcioletnim chłopcem otrzymywał różnego rodzaju wizje, nie urodził się w wiosce Majów, więc dorośli nie bardzo wiedzieli co zrobić z takim chłopcem, który opowiada niestworzone rzeczy, przymykali więc oko, głaskali po głowie i odnosili się z dystansem. Pewnego dnia otrzymał wyraźną wizję, że jego ukochany dziadek umrze. Podzielił się z bliskimi swoim przekazem, tak jak zwykle, ale dopiero po kilku dniach, kiedy dziadek zmarł rodzinę i sąsiadów przeszła trwoga. Wszyscy zajęci byli przygotowaniami do pogrzebu, a na chłopca patrzyli inaczej niż zwykle. Nikt z nim nie rozmawiał, pewnie nie bardzo wiedział jak i co ma powiedzieć. Mały Carlos był przerażony, czuł się wykluczony i w jakiś sposób winny. Nie wiedział co zrobił nie tak, rozumiał, że dziadek umarł, tak jak to mu pokazano, rozumiał, że nie z jego winy, ale nie rozumiał, dlaczego bliscy i znajomi odwracają się od niego. Doszedł do wniosku, że w takim razie, wizje, które do niego przychodzą są wszystkiemu winne. W całym zgiełku nikt nie zauważył, jak wymknął się z domu i pobiegł na basen.
Wskoczył do wody i gorąco pragnął aby duchy wody zabrały jego dar od niego, bo nie chce już widzieć i mówić o różnych rzeczach, bo nie chce być samotny. Kiedy wyszedł z wody, czuł się lżej, faktycznie poczuł, że coś się zmieniło.
Minęło kilka dni, wizje nie przychodziły, sny były normalne, nie miał niczego do przekazania, znajomi i rodzina odetchnęli z ulgą, ale Carlos wcale nie poczuł się lepiej. Zrozumiał, że brakuje mu tej jego ważnej części - daru, który był jedyny w swoim rodzaju, a który zostawił w wodzie. Kiedy to zrozumiał, pobiegł znowu na basen z nadzieją, że jak wskoczy do wody i poprosi, to oddadzą mu jego własność. Był przerażony tym co zobaczył, z basenu właśnie spuszczono wodę, aby go wyczyścić.
Wszystkie następne lata naznaczone były smutkiem i poczuciem straty.
Pamięć o darze, popchnęła Don Carlosa do poszukiwań duchowych. Zjeździł świat, siedział przy wielu ogniskach i uczestniczył w wielu ceremoniach, by na koniec powrócić do Gwatemali. Wtedy to Starszyzna Majów zaprosiła go do siebie na spotkanie.
Szedł dumny i zadowolony z siebie, marzył kiedyś o takim spotkaniu, teraz, myślał, jestem doświadczony i doceniają mnie.
Kiedy staną przed Starszymi usłyszał, że obserwowali go od dawna i czekali, kiedy będzie gotów na naukę. Dopiero teraz okazał się dostatecznie gotowy na podstawową wiedzę.
Don Carlos uśmiechał się do siebie, kiedy mówił, jakim był dumnym młodym człowiekiem, a jak przyszło mu spokornieć. Jego dar wracał po trochę, w trakcie praktyk i inicjacji.
Miał wiele szczęścia, bo nauczało go dwóch nauczycieli. Obaj potężni, ale bardzo różni, jeden był prostym człowiekiem mieszkającym na skraju wioski, drugi wykształconym działaczem ONZ.
Obaj należeli do Starszyzny Majów i przekazywali swoje dziedzictwo dla następnych pokoleń.
poniedziałek, 7 lipca 2014
Magiczne odwiedziny
Niezwykła, upalna niedziela nam się przydarzyła. Po spacerze, lodowatej kąpieli, siedziałam sobie na pieńku i okorowywałam gałęzie cisu - na runy i talizmany. Męska cześć rodziny, syn i mąż przygotowywali sobie późne śniadanie, my z córką wciąż na głodówce, więc zajęte twórczymi rzeczami:) Gdy wyrwało mnie z zamyślenia
- "Dzień dobry, jak pięknie tu macie, przychodzimy i podziwiamy"
Dziwna sprawa, stoją trzy panie, przyszły od lasu, co u nas się raz na pięć lat zdarza, a zazwyczaj są to nieproszeni panowie na kładach. Przywitałam się i zaproponowałam chłodny napój.
W domu szybciutko przygotowywałam przeze mnie robiony sok z czarnego bzu z wodą i cytryną, a kiedy córka zapytała się dlaczego tak się spieszę (bo na głodówce raczej powolne jesteśmy;) odpowiedziałam jej, że żartów nie ma, bo odwiedziły nas starucha, matka i dziewica.
Potrójna Bogini
Najlepsze jest to, że gościłyśmy je z córką, męska część jakoś nie poczuła potrzeby przywitania się:) Tak sobie posiedziałyśmy, popiłyśmy sok i porozmawiałyśmy. "Starucha" - pochodzi z tych stron, niektóre nazwy zna jeszcze po niemiecku, bo takich używali w dzieciństwie, przeprowadziła się później pod Poznań, ale miłość do natury i krainy dzieciństwa pozostała. Interesuje się ziołami, ale podchodzi do sprawy naukowo, lubi wiedzieć wszystko o danym gatunku. "Matka" mieszka w Wiedniu, ma dom w górach i chętnie tu u nas będzie gościć na masażach i innych atrakcjach, a "dziewica" studiuje w Wiedniu i jest chętna na warsztat zielarski w Trzech Źródłach. Napiły się i poszły z powrotem do lasu...
Kiedy za jakiś czas poszłam kolejny raz zanurkować w naszym zbiorniczku z lodowatą wodą, zobaczyłam je w oddali na naszych łąkach, jak zrywają zioła:)
Jedyne symboliczne odczytanie tego znaku nasuwa się z oczywistością. Kobieca Bogini przybywa:)
I sen w nocy, jadę samochodem ruchliwą trasą, ale silnik jakoś dziwnie spowalnia, słyszę głosy ludzi dookoła, którzy z przejęciem mówią o tym, że to Matka Boska! Stoję już przy drodze, obok drzewa i widzę, jak przez jezdnię sunie diamentowo migocący hologram kobiety. Myślę, faktycznie albo zakonnica, albo święta. Migocąca zjawa zbliża się do drzewa, ufff, nie do mnie na szczęście, ulżyło mi, po czym energia przesuwa się i w jakiś sposób przenika na mnie. No dobrze, niech i tak będzie - zgodziłam się w tym śnie, nie wiedząc co to znaczy, ale czując nieuniknione.
Nie będę się wymądrzać na tm kobiecej mocy, to się wie i już:)
Za to dziś cały upalny dzień jak nie w wodzie to w niebie. Chmury dały dziś nad górami prawdziwy popis! Przy pięknej pogodzie grzmiało, czyli Istoty Grzmotu się odezwały, a w górach to tak pięknie brzmi!!!
Za brzozą w tle już burza w górach
Ja z głową w chmurach
- "Dzień dobry, jak pięknie tu macie, przychodzimy i podziwiamy"
Dziwna sprawa, stoją trzy panie, przyszły od lasu, co u nas się raz na pięć lat zdarza, a zazwyczaj są to nieproszeni panowie na kładach. Przywitałam się i zaproponowałam chłodny napój.
W domu szybciutko przygotowywałam przeze mnie robiony sok z czarnego bzu z wodą i cytryną, a kiedy córka zapytała się dlaczego tak się spieszę (bo na głodówce raczej powolne jesteśmy;) odpowiedziałam jej, że żartów nie ma, bo odwiedziły nas starucha, matka i dziewica.
Potrójna Bogini
Najlepsze jest to, że gościłyśmy je z córką, męska część jakoś nie poczuła potrzeby przywitania się:) Tak sobie posiedziałyśmy, popiłyśmy sok i porozmawiałyśmy. "Starucha" - pochodzi z tych stron, niektóre nazwy zna jeszcze po niemiecku, bo takich używali w dzieciństwie, przeprowadziła się później pod Poznań, ale miłość do natury i krainy dzieciństwa pozostała. Interesuje się ziołami, ale podchodzi do sprawy naukowo, lubi wiedzieć wszystko o danym gatunku. "Matka" mieszka w Wiedniu, ma dom w górach i chętnie tu u nas będzie gościć na masażach i innych atrakcjach, a "dziewica" studiuje w Wiedniu i jest chętna na warsztat zielarski w Trzech Źródłach. Napiły się i poszły z powrotem do lasu...
Kiedy za jakiś czas poszłam kolejny raz zanurkować w naszym zbiorniczku z lodowatą wodą, zobaczyłam je w oddali na naszych łąkach, jak zrywają zioła:)
Jedyne symboliczne odczytanie tego znaku nasuwa się z oczywistością. Kobieca Bogini przybywa:)
I sen w nocy, jadę samochodem ruchliwą trasą, ale silnik jakoś dziwnie spowalnia, słyszę głosy ludzi dookoła, którzy z przejęciem mówią o tym, że to Matka Boska! Stoję już przy drodze, obok drzewa i widzę, jak przez jezdnię sunie diamentowo migocący hologram kobiety. Myślę, faktycznie albo zakonnica, albo święta. Migocąca zjawa zbliża się do drzewa, ufff, nie do mnie na szczęście, ulżyło mi, po czym energia przesuwa się i w jakiś sposób przenika na mnie. No dobrze, niech i tak będzie - zgodziłam się w tym śnie, nie wiedząc co to znaczy, ale czując nieuniknione.
Nie będę się wymądrzać na tm kobiecej mocy, to się wie i już:)
Za to dziś cały upalny dzień jak nie w wodzie to w niebie. Chmury dały dziś nad górami prawdziwy popis! Przy pięknej pogodzie grzmiało, czyli Istoty Grzmotu się odezwały, a w górach to tak pięknie brzmi!!!
Za brzozą w tle już burza w górach
Ja z głową w chmurach
Subskrybuj:
Posty (Atom)

