O mnie

Trzy Źródła to magiczna przestrzeń w Kotlinie Kłodzkiej otoczona gęstwiną lasów, naturalnych łąk i majestatycznymi górami. Mieszkamy tu całą rodziną w tym dwie bernardynki i dwa koty. Łączność z Naturą daje nam poczucie ukorzenienia i głębokiego szacunku do wszystkiego co żyje na Matce Ziemi. Od wielu lat zapraszamy gości na warsztaty najczęściej szamańskie, z prowadzącymi z kraju i ze świata, oraz pobyty indywidualne, na których można doświadczyć spotkań przy ogniu, kąpieli w górskim strumieniu i sąsiedztwa dzikich stworzeń. www.trzyzrodla.pl

poniedziałek, 2 marca 2015

Cztery Wiatry i Duchy Stepu.

Słowa rodzą się we mnie we śnie:) Nie poradzę, tak mam, to jak przymus, który często ignoruję wpadając w całą "świętą codzienność" działania i zapominam o czym miałam pisać, co "przyszło".

Dziś jest inaczej:) to co przyszło rano, wraz z deszczem i wiatrem - raczej Wiatrem - przekładam tu od razu.
Dookoła domu w różnych miejscach wiszą u nas dzwonki, takie wiatrem poruszane. "Przypadkowo" wiszą tak, że rozpoznaję po dźwiękach, z której strony wieje wiatr. Dziś nie dzwonił żaden, tylko huczało zza góry - czyli południowy, od tego jednego zasłania nas góra.
 Wiatry mają swoją moc, energię, rozpoznaję w nich męską polaryzację, tak jak w wodach i strumieniach kobiecą.
Dla mnie Wschodni jest jak młody chłopak, bezpośredni i szczery. Czasem dmuchnie tak, że zatyka, bywa silny, szybki i nieustępliwy. Południowy to dostojnik dojrzały, bez wysiłku duje, bywa ciepły i opiekuńczy, ale też gwałtowny i niszczycielski. Zachodni jest jak tancerz, flirtuje i uwodzi, czasem ciepły, delikatny ale bywa też "emocjonalny" - wyprowadzony z równowagi wyrywa drzewa z korzeniami, zawodzi i wyje nocami. Wreszcie Północny.... jest stary, biały i ślepy, ale widzi wszystko, przeszywa do głębi białych kości i przypomina o czymś smutnym i ciemnym.

Spotykałam się z żywiołami przez lata w różnych inicjacjach, tych planowanych i tych zupełnie spontanicznych. Szczególnie Wiatr mówił do mnie od zawsze, jeszcze w młodości.
Było to tak, siedziałam u znajomej na podwórku przy malowniczej leśniczówce i zrywałam kwiaty lipy z dużej gałęzi, którą uciął w tym celu mąż mojej znajomej. Szkoda mi było drzewa, dlatego skrupulatnie obrywałam pachnące kwiaty, aby ani jeden się nie zmarnował. Powietrze było ciężkie i duszne, zbierało się na burzę. Duchy wiatru (te czuję jako oddzielne byty związane często z miejscem), krążyły po całym podwórku. Psotnie plątały włosy, wydmuchiwały kwiaty z torby. Mówiłam na głos, aby przestały, albo: "tak, tak to było naprawdę zabawne...". Kiedy zaczęło padać przeniosłam się z gałęzią na werandę, przed wejściem do domu. Nie było tam drzwi, tylko wejście po trzech schodkach i w lewo od zamkniętych, starych drzwi, ciągnęła się przypominająca korytarz, przeszklona przestrzeń z ławką i stolikiem. Burza była przepiękna! Uwijałam się dalej podziwiając świat przez duże okna i powiedziało mi się na głos: "no i co? tutaj to  mnie już na pewno nie znajdziecie!" - zwracając się do Duchów wiatru. Za kilka sekund, wejściowe drzwi do domu otworzyły się z hukiem przeciągu, a podmuch swoja siłą skręcił prosto na mnie i totalnie poczochrał mi włosy. Śmiałam się w głos i mówiłam w pokorze: "ok przegrałam..". Takie to spotkania nie były czymś zaskakującym. Jednak najbardziej niezwykłe przeżyłam w Mongolii podróżując po stepie.
 Czułam cały czas obecność Duchów stepu, wiatru i innych.... Odwiedzaliśmy kurchany i miejsca święte, w których Duchy szepczą najmocniej. Czasem było to ogromne drzewo, czasem jedna skała wyrastająca na płaskim stepie, a czasem klasztory buddyjskie z niezwykłymi zakamarkami.



                                 Na jednym z kurchanów.


              OVO - miejsce modlitw o bezpieczeństwo w drodze.

                                             Kolejne OVO

   I kolejne święte miejsce, gdzie można modlić się o przychylność Duchów.

Jednak spotkanie z Duchami wiatru i stepu czekało mnie na pustyni Gobi w miejscu - muzeum miasta  Czyngis-Chana. Miasto dawno już zostało doszczętnie zniszczone, stoją tu teraz głównie buddyjskie stupy i świątynie z posągami i zabytkami buddyjskimi.

                                Przed miastem Czyngis-Chana

Chodziłam wśród wielu pięknych, małych budynków, słuchałam przewodników, ale nie mogłam "znaleźć" tu tego, czego szukałam. Nie bardzo wiedziałam co to jest, jednak spodziewałam się czegoś innego, po tym jak dwa tygodnie wcześniej w muzeum w Ułan Bator  widziałam makietę tego niezwykłego miasta. Czyngis-Chan stworzył potęgę otoczoną murem, oprócz domów, pałaców i jurt były wszystkie świątynie, czyli były meczety, świątynie buddyjskie i kościoły chrześcijańskie.
Oddzieliłam się od znajomych pogrążona w jakieś melancholii, starając się "poczuć" energię starych czasów. Widziałam, jak co jakiś czas reklamówki wirują wysoko na tle błękitnego nieba, pomyślałam, ale tu szaleją Duchy stepu i wiatru. W zadumie wyszłam z miasta drugą bramą na step, tu przyciągnął mnie - jeden z wielu spotykanych po drodze - stragan ze starociami.



Dokładnie ten, przy którym stało dwóch młodych chłopaków. Oglądałam figurki Buddy, noże i inne fantastyczne rzeczy, a chłopcy gorączkowo coś do mnie mówili. Nie zwracałam za bardzo uwagi, podejrzewając, że jest to próba naciągnięcia turystki na zakupy, poza tym nie rozumiałam mongolskiego. Kiedy krzyczeli już głośno, było za późno... Spiralna trąba powietrzna, mieszanina piachu i wiatru mierząca około 4 metry podeszła do mnie i dosłownie wzięła mnie w siebie. Piasek wciskał się do uszu, oczu, ust i nosa, włosy i spódnica pofrunęły w górę,  mogłam tylko na oślep machać rękami. Właściwie nie mam pojęcia jak się wydostałam. Pierwsze co usłyszałam, kiedy Duchy puściły mnie z objęć to głośny śmiech sprzedawców staroci...
Zmykając, poprawiałam ubranie i włosy, właściwie do końca nie świadoma co się zadziało.

Dopiero kiedy wracaliśmy już ze stepu do Ułan Bator widziałam te istoty z okien naszego samochodu. Czułam się rozpoznana i jednocześnie odprowadzana w drodze do domu. Łzy spływały mi po policzkach, już tęskniłam i czułam, że też ICH znam.


Dokładnie taki wirujący KTOŚ, otoczył mnie w jakiś sposób przemienił, przypomniał i odprowadził do domu.

O Mongolii jeszcze będzie :)






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza