O mnie

Trzy Źródła to magiczna przestrzeń w Kotlinie Kłodzkiej otoczona gęstwiną lasów, naturalnych łąk i majestatycznymi górami. Mieszkamy tu całą rodziną w tym dwie bernardynki i dwa koty. Łączność z Naturą daje nam poczucie ukorzenienia i głębokiego szacunku do wszystkiego co żyje na Matce Ziemi. Od wielu lat zapraszamy gości na warsztaty najczęściej szamańskie, z prowadzącymi z kraju i ze świata, oraz pobyty indywidualne, na których można doświadczyć spotkań przy ogniu, kąpieli w górskim strumieniu i sąsiedztwa dzikich stworzeń. www.trzyzrodla.pl

niedziela, 14 czerwca 2015

Upalna wyprawa na wiedźmowanie

Już od lat mam przyjemność uczestniczyć w imprezach animacyjnych z firmą "Fenu":

 https://www.facebook.com/pages/Agencja-Artystyczna-FENU-Wanda-Nawrocka/119315001470785?fref=ts

Pojawiam się przeważnie jako wróżka i po prostu kładę karty klientom ale bywam również zielarką Hipochondrią, wiedźmą z miotłą, szamanką, czy damą. Zadaję zagadki, prowadzam ludzi z zamkniętymi oczami po parku, czy proponuję zrobić mieszanki ziołowe na moim stanowisku. Cudownie się bawię, tym bardziej, że szefowa i ludzie, którzy się tym zajmują są szczerzy i bardzo otwarci. Obserwuję jak chętni przychodzą sami na stanowiska lub są wciągani do zabawy, jak za chwile na ich twarzach pojawia się uśmiech, jak energią się zmienia i stają się mniej spięci, a bardziej radośni.
Lubię ten dreszczyk adrenaliny, kiedy wcielam się w postać i mam zadanie: improwizację w kontakcie z klientami na temat przewodni imprezy. Nie mam tak dużego doświadczenia jak animatorzy Fenu, jestem głównie wróżką, a grupa żongluje postaciami, skeczami i konkursami, nieraz tak rozbudowanymi, że tworzą niesamowitą grę plenerową.

     Wyruszyliśmy z Wiktorem niedawno w upalny dzień pod Jelenią Górę na kolejną imprezę z Fenu.
Czuliśmy się jak na wycieczce i odkryliśmy fajne miejsce w Miedziance:) Przyciągnęły naszą uwagę duże okna, i budynek otoczony soczystą zielenią z widokiem na góry (znajome klimaty:)





Miejsce okazało się browarem z restauracją i miejscami noclegowymi. My alkoholu nie pijemy, więc nie wiem jak smakuje piwo z Miedzianki, w której faktycznie stoją miedziane piękne kadzie.
Kawa była dobra:)))


Na miejsce do hotelu Złoty Sen dotarliśmy w upał, na szczęście garderoba mieściła się w kamiennej baszcie, gdzie po godzinie zmarzłam w stopy!

Na początku wcieliłam się w ducha pokutnicy, chodziłam między ludźmi i grałam w kości o duszę...
Na imprezie były też inne duchy i diabły.



    Sama siebie nie poznałam na zdjęciach, podobnie jak uczestnicy tej zabawy, którzy wieczorem przychodzili na karty do mnie, już jako wróżki.
Kiedy kładę karty, albo leję wosk, jestem całkowicie profesjonalna, to już nie zabawa, a całkiem poważne pytania i prognozy.

            Tu już jako wróżka, jeszcze przed rozpoczęciem seansu:)

Do domu wracaliśmy w magicznej mgle po burzy, trafiając na przepiękny świt z nad Masywu Śnieżnika.






środa, 10 czerwca 2015

Prawie nie szamańskie spotkanie w stajni:)

Zaskakujące są „przypadki” na ścieżce którą podążam, wydawać by się mogło, że szamańskie, leśne, magiczne i tak ukierunkowane. Jednakowoż mam w sobie wszystkiego po trochę, jak każda kobieta:) jak każda wiedźma, składa się z dziewicy, matki i staruchy, ale też z gwiazdy, dzikuski, pensjonarki i z wielu, wielu innych odsłon. Jako, że każda szanująca się wiedźma raz, na jakiś czas potrzebuje spotkania z inna wiedźmą (by sprawdzić, czy aby jej dziwność jest na „normalnym” poziomie;), ruszyłam do mojej znajomej do Wrocławia.

Ina - szamani, ucząc ludzi jazdy konnej i jogi. Gdy dojechałam na miejsce,  spacerowałam z nią po pięknej, dużej i pachnącej stajni, gdzie trzyma swoje konie i odkryłam prawdę, a nawet dwie prawdy, schowane gdzieś we mnie.
Po pierwsze, mimo że byłam, jestem i będę zachwycona kotami (oczywiście w szczególności moimi), lubię psy i wszelkie zwierzęta, to najbardziej pachną mi konie.... powitanie nos w nos jest ogromną przyjemnością, pierwotną, ulokowaną w głębinach.

Po drugie – ciało – jest najcudowniejszą encyklopedią, archiwum i wehikułem czasu.

Przechadzając się po dużej stajni, gdzie panuje codzienny ruch, ktoś czyści konie, ktoś wyprowadza, ktoś wywozi słomę; kątem oka zauważyłam mężczyznę w jednym z boksów.
Ot siodłał konia i nic w tym nie byłoby dziwnego, tylko że moje ciało zadrżało jak przed skokiem do wody, albo prze wejściem na scenę. Idąc dalej zaskoczona galopem serca, skanowałam siebie zastanawiając się co się stało? Czy energia tu jakaś „nieczysta”:) czy co?
Aż z zakamarków wyłonił się obraz, młodego chłopca, który przyjeżdżał do mnie na rowerze... oboje mieliśmy może po trzynaście lat! Jeździliśmy razem na stawy kąpać się i jakoś tak, byliśmy zawstydzeni i zauroczeni jednocześnie sobą.

Koleżanka wiedźma nie słuchała moich wykrętów i przepchnęła mnie przez symboliczny próg...

Weszłam więc do tego boksu z bijącym sercem TRZYNASTOLATKI (!!!) i zapytałam pleców … czy mnie pamięta... jak na trzynastolatkę przystało, pytanie było najgorsze z możliwych na dzień dobry... ale stało się.

Plecy się odwróciły... i uważnie wpatrzyły piwnymi oczami w moje zielone...
- Tak, Beata … z Obornik...
i uśmiechnęły się, tak jak wtedy, kiedy jeździliśmy na rowerach :D

Tak to jest, wehikuł czasu przeniósł nas, ale rozmawialiśmy już swobodniej niż kiedyś.
Oboje ucieszyliśmy się z tego spotkania, powiało niewinnością, świeżością, choć wyglądamy inaczej niż kiedyś, odniosłam wrażenie, że pamiętamy w sobie te dawne postaci.

Wracałam do domu zamyślona. Po co opatrzność, Wielki Duch, Przodkowie – wszyscy naraz „aranżują” takie niespodzianki? Przecież mogłam być tam innego dnia, on mógł zdążyć wyruszyć konno w teren. Co do minut wyliczone spotkanie.

Zrozumiałam i poczułam, że dokonuje się we mnie zakończenie  rozdziału „niedokończowalnego” z powodów ode mnie niezależnych. Czyli: inny brunet, z którym relacja ciężka, mroczna, nie dająca się wyprasować i wpasować do archiwum wspomnień, nałożyła się w jakiś sposób na to spotkanie...

Poczułam się lekko, niewinnie:) jak na trzynastolatkę przystało. Ciężkie chmury rozpuściły się i zaświeciło słońce, prawie tak piękne jak wtedy:))) kiedy ma się trzynaście lat i wszędzie – DOKŁADNIE wszędzie jest magia i tajemnica do odkrycia.

Jestem głęboko wdzięczna i poruszona, Życie o mnie dba, a ścieżka która wije się przede mną, to ścieżka serca.










Wolontariat

Od tygodnia gościmy u nas Agę i Michała, którzy ruszyli z domu na półroczną podróż z przystankami w różnych ośrodkach i miejscach warsztatowych.
U nas w Trzech Źródłach jest to nowe doświadczenie i zaskakująco fajne:) Są ciekawe rozmowy, opowieści i pyszne witariańskie ciasto!!!! Bo Aga i Michał specjalizują się w takich potrawach zobaczcie sami: https://www.facebook.com/witarianskiesmakolyki?fref=ts

Prace, takie, co to odkładane były na nieokreślone "później" ruszyły z miejsca dzięki nim i nadziwić się nie mogę jak to się "samo" układa, kiedy jesteśmy tu sami, jeszcze przed warsztatami, bo młodzież ma sesję w Krakowie... zjawiają się dwie fajne osoby do pomocy.
Patrzę ich oczami, takim świeżym spojrzeniem i ... podoba mi się to co widzę. 

Poczytajcie i zobaczcie sami:
http://agaimichalwpodrozy.blogspot.com/



Skarpa nad miejscem ogniska, przed układaniem kamieni przez Michała.


Tu ucinam pogawędkę;) jeszcze na siedmiodniowej głodówce - bo tak nas zastali wolontariusze:)


                             I pięknie wykończone kamieniami,


                             Dziś czeka nas wspólne ognisko:)







niedziela, 17 maja 2015

Jaskinia - przepaść Macochy

Obok totalnego WIRU między warsztatami, indywidualnymi gośćmi w Trzech Źródłach, zbieraniem ziół, robieniem nalewek i soków.... znaleźliśmy czas na prawdziwą wycieczkę:)
Taką zorganizowaną, autokarem z przewodnikiem. Obiecaliśmy sobie już dawno, dawno temu zwiedzenie Jaskini Macochy w Czechach. Wyprawa udała się znakomicie! Przewodnik pan Darek utrzymywał uwagę grupy i dzielił się ogromem wiedzy i ciekawostek o Ziemi Kłodzkiej i czeskich Morawach. Jaskinia okazuje się nazywać Jaskinią Punkvy, czyli podziemnej rzeki łączącej się z jaskinią, a do macochy należy przepaść.



Jestem zachwycona! Tyle  mogę dziś na świeżo napisać. Ogromne sklepienia, stalagmity, ...tyty i stalagnaty. Dotyk duszy pra, pra, pra odczuciami kiedy dowiedziałam się, że liczy ona sobie ok 350 milionów lat....

W jaskiniach jest pra cisza, pra Moc i wilgoć Matki Ziemi, jej piękno, jej świątynia.
W zachwycie chodziłam korytarzami, doświadczałam...
i robiłam zdjęcia:)                                          






Cudowna energia tego miejsca oddziaływała na cała grupę. Dowiedziałam się, że to jedna z wielu niezwykłych jaskiń w Czechach, a niektóre łącza się ze sobą korytarzami o długości ok 40 kilometrów! Poczułam, że to początek, że trzeba tu przyjechać na dłużej i dać sobie więcej czasu...

     W jednym z korytarzy Wiktor zrobił mi zdjęcie, coś do niego mówiłam i wyszło magiczne.
Okiem wiedźmy od lat przyglądam się zdjęciom, tam wszystko widać:) Ten malutki fragment "czasoprzestrzeni" pokazuje nawet relacje osób. Po zdjęciach rodzinnych, partnerskich "widzę" i czuję, czy są razem czy tylko wyglądają. Taki przykład, dom z tabliczką na ścianie "DOM...", żeby nikt nie miał wątpliwości, a przed domem rodzinka z małym dzieckiem, tak zbita w jedną niestabilnie wyglądającą kulkę. Jakoś się trzymają.... w domu. Drugi: Pan domu niedbale oparty o framugę drzwi, trzyma ręce w kieszeniach, kilka metrów tyłem do niego stoi pani domu, jakby zasłania sobą dziecko, trzymane na rękach. Jedno spojrzenie i tak naprawdę nasza podświadomość wszystko wie, ale świadomość nie chce przyjąć, bo ego widzi ładne uśmiechy i fajne otoczenie. Wiedźma w nas - bez różnicy, czy w kobietach, czy mężczyznach - ona wie.

Zachęcam do oglądania fotografii inaczej, "okiem wiedźmy", naprawdę zdziwicie się ile niuansów można uchwycić.

Nam wyszły "przypadkowo" magiczne zdjęcia.

 
 Zazwyczaj takie "należałoby" zakwalifikować do nieudanych. Dla nas jest udane... Pokazuje mój stan i energię w tamtym momencie, no i chyba czaruję tu:)

                       I kolejne:


Poruszaliśmy się po korytarzach dość szybko, żeby zdążyć za czeską panią przewodniczką, więc zdjęcia robiłam naprawdę uwijając się. Dopiero w domu odkryliśmy te dwa. Tu Wiktor "trzyma cień", oczywiście zupełnie nie było go widać w szybkim pstryknięciu. Teraz jest i jeszcze do końca nie wiemy co oznacza.

Drogę powrotną przepłynęliśmy łódkami, w podziemnych korytarzach na lodowatych i czyściutkich wodach. Poprosiłam w niemej modlitwie o siedzenie w pierwszym rzędzie i tak się zadziało! Siedzieliśmy w kilka osób na ławeczkach w prawie zupełnej ciszy, płynąc dobre 20 minut, zachwycając się pięknem, dźwiękiem i światłem gdzieniegdzie podświetlonych toni. Tu zabronione jest robienie zdjęć, więc znalazłam w sieci jedno.



Jestem syta:) Sprawdziliśmy, można do nas przyjeżdżać, z wcześniejszym wykupieniem w biurze wycieczki. Wyjazd z Kłodzka lub Polanicy wczesnym rankiem, powrót ok 21.
POLECAMY!!!




       



sobota, 25 kwietnia 2015

Wiosenne porządki czyli rzecz o rekapitulacji.

Nie, to nie będzie o sprzątaniu, na pewno nie o takim tradycyjnym sprzątaniu.

Wiosna - pierwsze jej ZAPACHY przenoszą mnie w czasy i miejsca odległe, schowane gdzieś we mnie głęboko. Raz pachnie podwórkiem u babci... raz wagarami.
 Grabię liście, palę ogniska, spaceruję po lesie i "rekapituluję";) Tak, rekapitulacja to niezwykła praktyka, która chce się nam wydarzyć NATURALNIE, ale żeby się wydarzyła trzeba być świadomą tego procesu. 

taki przykład:
Idę lasem - zbiór nieprzypadkowo pojawiających się: zapachów, promieni słońca, drzew i dźwięków,  automatycznie przenosi mnie we wspomnienie "siedzę  z przyjacielem, jego zielone oczy pasują do lasu, rozmawiamy.. "  - za chwilę zaczynam się kurczyć, bo zaczyna się ta, nie miła część, bolesna rozciągnięta na wiele epizodów. Część mnie nie chce jej przeżywać... i z całych sił staram się w pierwszym odruchu odpędzić wspomnienie... żeby znowu nie bolało...

... a prawda jest taka, że boli tak długo, jak długo odpędzamy te spontanicznie pojawiające się kawałki.
Pojawiają się z konkretnego powodu, najczęściej w najmniej spodziewanej chwili (musiały wystąpić najodpowiedniejsze warunki), to naturalny mechanizm "samouleczenia" emocjonalnego, którego nie rozumiemy. Emocjonalne zranienie, jest jak skaleczenie fizyczne, tak długo jaki nic nie zrobimy z ranką, może nie chcieć się zagoić, albo stan będzie się pogarszać. Podobnie rzecz się ma z naszą powłoka energetyczną, pozostaje rana - dziura, przez którą ucieka cenny eliksir. Nic się pewnie nie stanie strasznego, gdy taką otwartą pozostanie, można żyć ze smutkiem, żalem, ale może też dużo fajnego się zadziać, kiedy pozwolimy sobie założyć na taką dziurkę plaster. Przede wszystkim zyskamy więcej energii, bo na zasadzie balonika;) nic nie ucieka z naszych zasobów.

Z tą świadomością zatrzymuje mnie to moje "zielone" wspomnienie, i pozwalam, żeby płynęło samo, jak film. Oddycham, głęboko, czasem w specjalny sposób, pozwalający na jeszcze głębsze wniknięcie w tamtą czasoprzestrzeń i kiedy odegra się cały złożony dramat (wciąż oddychając) w "toltecki" sposób zabieram z tamtego "miejsca" energię, która utknęła i wracam do TU i TERAZ.

Temu procesowi podlegają nie tylko bolesne wspomnienia. Są też fascynujące momenty, do których niestety nie udaje nam się wracać - te świetliste chwile, w których czuliśmy że jesteśmy częścią WSZYSTKIEGO! Szczęście i radość! Do tych też nie wracamy, uciekamy bo nie ma czasu, bo zawsze jest coś ważnego do zrobienia, nie zdając sobie sprawy, że TAM są zmagazynowane ładunki pozytywnej energii.

Na warsztacie z Sergiejem Roslovets: "Labirynt Wspomnień - Intensywna Rekapitulacja" dogrzebałam się po pierwsze: do niezwykle odległych wspomnień np. w jednym z nich, widziałam piec kaflowy, którego świadomie  w moim rodzinnym domu nie pamiętam, kolor ścian i podłogi z okresu bardzo wczesnego dzieciństwa, wydarzenia, które miały wtedy miejsce (a które pamiętałam jak przez mgłę), nakładały się na kolejne, podobne, z późniejszych okresów w moim życiu. Zrozumiałam, że początkiem była ta sytuacja w dzieciństwie, którą udało mi się przeżyć jeszcze raz w trakcie warsztatu. Po drugie: nauczyłam się goić te zadry i odzyskiwać energię - czego konsekwencją jest brak napięcia wewnętrznego w tamtych wspomnieniach, oraz realne zmiany w reakcjach na podobne sytuacje!
Oczywiście sama dokonałam wyboru, które sytuacje chcę rekapitulować, tak jak każdy z uczestników. Pamiętam rozmowę z moją znajomą, była poruszona, zmęczona, i zachwycona w trakcie trwanie procesu. Mówiła, że żadna terapia nie dała jej takich efektów. Oczywiście - jak każdy uczestnik;) obiecała sobie, że będzie w domu intensywnie praktykować. Sergiej przekazuje na koniec wskazówki, w jaki sposób intensywną rekapitulację (nie spontaniczną, która przydarza się sama), przeprowadzać w domu. Powiem szczerze, mało kto ma taką determinację. Najłatwiej jest w trakcie warsztatu, pod okiem doświadczonego prowadzącego, wchodząc w odpowiednie praktyki i ćwiczenia z energia grupy, z którą płyniemy w czasie i przestrzeni. Tu na zajęciach dokonujemy rekapitulacji świadomie, decydując się na wewnętrzne porządki - drogę przez labirynt.

Kilkakrotnie odbyły się w Trzech Źródłach takie spotkania, miałam okazję uczestniczyć w jednym na maxa, a w pozostałych (za zgodą grupy) tylko w wybranych praktykach, obowiązki szefowej kuchni nie pozwoliły na całościowe doświadczenie. Jest to dla mnie jeden z najmocniejszych i najpiękniejszych sposobów na "sprzątanie w przeszłości". Każda podróż w czasie podczas tej  praktyki ma swój początek, rozwinięcie i zakończenie, albo raczej DOKOŃCZENIE, domknięcie. Bolesne ładunki neutralizują się, a wydarzenie może być zarchiwizowane w pamięci, nie zalegając boleśnie, tuż pod powierzchnią.
Doświadczenie "Intensywnej Rekapitulacji.." dało mi zrozumienie mechanizmu tego wewnętrznego procesu, oraz umiejętność reagowania - wchodzenia w spontaniczną rekapitulację.
Chyba wszyscy tego doświadczają: chwili gdy nagle wychodzi "na wierzch" wspomnienie, którego się nie spodziewacie, od razu reaguje ciało, kurczy się i w głowie panika, niektórzy zaczynają mówić coś na głos, albo śpiewać... żeby zagłuszyć, rzucają się w działanie, byle tylko nie myśleć. Zrozumienie o co w tym chodzi pomaga w codziennym funkcjonowaniu.

Ta praktyka pozwala również przyjrzeć się naszym blokadom, przyczynom ich powstania, a często również w efekcie ponownego przeżycia i zrozumienia, następuje rozpuszczenie blokad.
Znajomy opowiadał mi o tym, że od "zawsze" wstydził się śpiewać. Próbował na siłę się przełamać, udawało się, ale głos wydobywał się wtedy twardy i "bolesny", nie znał powodu swojej blokady. Podczas podróży rekapitualcyjnej, zobaczył siebie kilkuletniego chłopca, bawiącego się na podłodze i śpiewającego! Nie wiedział, że w progu stoi mama, która z uśmiechem go obserwuje. Gdy się odwrócił, reakcja była na tyle silna, że spowodowała zatrzymanie głosu. Przeżycie na nowo tego zdarzenia w tak głębokim stanie, oczywiście uwolniło jego głos.
Są w nas zapomniane ścieżki, a odnalezienie ich może przynieść więcej zrozumienia, energii i radości na codzień.

Zainteresowanych zapraszam na stronę www.trzyzrodla.pl



sobota, 11 kwietnia 2015

Świątecznie jeszcze...

Dziś sobotni przepiękny dzień NARESZCIE! Wylegliśmy z domu na dobre:)
Już rosną w lesie pokrzywy nadające się na sałatki, zebrałam i zjedliśmy razem z czosnkiem niedźwiedzim na śniadanie. Las podarował mi kilka piór Sójki i dwie małe czaszki - nadadzą się na kolejne szamańskie lalki.
Pachnie już i naprawdę w słońcu robi się gorąco, poczułam, kiedy zasiadłam pod daglezją do zapisywania zaległych snów - jeszcze ze świąt.

Dziwnie jest teraz, gdy dzieci przyjeżdżają na święta do domu, a trochę jak w gości;) Za oknem mieliśmy zimę i co chwilę zawieruchy, piękne przez okno na spacerze już mniej, kiedy wielkie płatki śniegu wciskały się wraz z silnymi podmuchami wiatru pod kaptur.

 
Świąteczne widoki - dodam - WIELKANOCNE




Takie mamy szczęście, że żyjemy w "ciekawych czasach" i według jednego z proroctw "mamy dużo jedzenia i nie mamy co jeść"... dlatego sięgamy po inne, naturalne i najlepiej regionalne produkty.
Ciasta na święta przygotowała Martyna, wszystkie bezglutenowe, bezcukrowe i bez pieczenia:) Były bardzo syte i pyszne! Chleb od jakiegoś już czasu piekę na naturalnym zakwasie z mąki gryczanej, wychodzi za każdym razem i oczywiście smakuje niesamowicie! Grykę kupujemy od lokalnego producenta, wiec być może ją oglądaliśmy przez okna na polu w zeszłym roku:)

Udało mi się  mi też nareszcie zrobić jajka "herbaciane" - przepis dostępny na internecie - wyglądały i smakowały. Kilka lat się za nie zabierałam, ale jakoś czasu brakowało.

 Zdecydowanie nie będzie to danie tylko  świąt wielkanocnych.

Pasztet z selera, który od lat pieczemy w Trzech Źródłach również na warsztatach,  zatacza coraz szersze kręgi, na "stołach wielkanocnych" w Międzylesiu był przebojem i przepis powędrował dalej.
"Stoły wielkanocne" to impreza gminna, na której  wsie, koła gospodyń wiejskich wystawiają na pięknie udekorowanych stołach własnoręcznie wykonane dania oraz ozdoby wielkanocne.

Spędzanie czasu przy stole choć pięknym i oryginalnym, nie jest moim ulubionym sposobem na spotkania rodzinne. Więcej frajdy mamy z przygotowywania dań i dekoracji;)
      Zdecydowaliśmy się na oglądanie filmów, skoro spacer kończył się zadymka zimową. Z pośród wielu oglądanych -  "Jaskinia Zapomnianych Snów" Wernera Herzoga  najbardziej mnie poruszyła. Głębia i tajemnica i ogrom czasu, nieuchwytny dla umysłu... jakiś niepokój nienazwany... i rozmowy i pełnia z za gór prosto w okna. Siedzieliśmy w wygaszonej jadalni oglądając spektakl.

Wieczorami udało się zasiąść rodzinnie w medytacji, to może pomogło wyciszyć, ustabilizować energię (pełnia z zaćmieniem w Wadze itd..) Dlatego też i sny mieliśmy niezwykłe.

Teraz jeszcze właśnie w lesie, układam w sobie i na kartkach zeszytu...

Lubię iść do lasu na czczo. Inaczej, pełniej doświadczam wtedy spotkanie z Naturą. Wiem które drzewo ma dla mnie wiadomość:) pod którym mam się zatrzymać, tak naprawdę ZATRZYMAĆ.

Czosnek niedźwiedzi zebraliśmy wczoraj w ogromnej ilości u sąsiadki w ogrodzie. Wpadłam na genialny pomysł zupy czosnkowej, zamiast szczawiowej. Zamiast zakwaszania organizmu, oczyszczenie i wzmocnienie. Czosnek dlatego nazywa się niedźwiedzim, ponieważ niedźwiedzie po przebudzeniu z zimowego snu, jadły jego zielone liście oczyszczając się i wzmacniając. Na surowo np. w sałatkach roślina ta mocno obniża ciśnienie, sprawdziłam na sobie;) kiedyś zasnęłam na spacerze, bo byłam tak osłabiona.

Tu dwie nowe kępki które przyjęły się obok jednego z naszych źródeł.

                                          Tu sałatka ze świeżego:)

Po zerwaniu liście mają mocno czosnkowy zapach, naprawdę nie da się go pomylić z inną rośliną, kierując się węchem:) Te ogromne ilości czosnku, które wczoraj zebraliśmy, zmiksowaliśmy, obgotowaliśmy i stoją gotowe w słoiczkach na całoroczne zielone zupy i sosy. Przypłaciliśmy to zajęcie gorzkimi łzami, które gotujący się czosnek z nas wylał, ale smak zupy NIESAMOWITY - doprawiony świadomością leczniczego pożywienia, całkowicie zrekompensował łzy i szczypanie oczu.




piątek, 20 marca 2015

Zaćmienie, nów, równonoc i "Dziewica, Matka, Starucha"

Przed nami warsztaty "Dziewica, Matka, Starucha - Kobieta na Drodze Życia" uczestniczki już w drodze, a my od kilku dni, ugładzamy po zimowe wykroty, przepalamy w piecach i kadzimy w pomieszczeniach.

Za chwilę zaćmienie słońca, księżyc w nowiu i wieczorem równonoc wiosenna. Każdemu chyba przemknie przez myśl, że nazbierało się u progu wiosny dużo energii. Kobiece siły: księżyc w nowiu i Ziemia, delikatnie pisząc - "zapraszają" do skupienia się, zanurzenia głęboko (nów) w medytację, modlitwę (w rybach). Zasłonięte będzie słońce - czyli energia działania, męska, jasna, taka którą widać, która jest oczywista. Czytam przekaz: " zatrzymaj się, zanurkuj w siebie, w swoją kobiecą przestrzeń, połącz się z Ziemią, z emocjami, poczuj, posłuchaj..."
Wszelkie mroczne, pierwotne kobiece siły, można w tym czasie poczuć, uszanować, okazać im wdzięczność i na koniec poprosić, wymodlić NOWE, to coś, co ma przyjść później, narodzić się z połączenia z męską, słoneczną energią.  Świat się zmienia, powoli ale nieustannie, do głosu będą dochodziły energie kobiet, co już ma miejsce, to co kobiece do tej pory było zepchnięte na plan dalszy. Energia żeńska symbolizująca kreację, rodzenie nowych idei, opiekę, naukę młodych pokoleń, troskę o innych, dbałość o przyrodę dla tych, co przyjdą po nas, wszystkie razem będą po kropli drążyć skałę. Mam głęboką nadzieję, że jak kiełkujące rośliny, które swoją niezmąconą siłą przebijają asfalt pnąc się do słońca, tak te głosy i prawa pojawią się na Ziemi. Pokój i miłość, troska i siła w delikatności, nie rywalizacja, agresja i walka.
 W równonoc pożegnamy stare, to co nam już nie służy, to co zatrzymywało, nie pozwalało realizować pełni potencjału. Spalimy to symbolicznie w ognisku (w domu można napisać na kartce i spalić). Zauważam znaki, nie ma przypadków mężczyźni ubierają spódnice na znak protestu, przeciw gwałtom,  mówi się coraz głośniej o prawach kobiet, a dzisiejszy dzień, niezwykle mocny i magiczny zwiastuje przemiany.... Przemiany do których ludzie świadomi dążą w swoich staraniach, a  Majowie modlą się od wieków.